wtorek, 18 grudnia 2012

Unia Europejska niszczy polską żywność!

Zachęcam wszystkich do przeczytania wywiadu jaki przeprowadził serwis "Stefczyk Info" z prof. Janem Szyszką (ministrem ochrony środowiska, zasobów naturalnych i leśnictwa  w rządzie Jerzego Buzka). Rozmowa dotyczyła Żywności Genetycznie Modyfikowanej (GMO), a dokładnie ustawy, która stanowi kolejny krok do pełnego wprowadzenia GMO w Polsce. Jeśli prezydent Komorowski podpisze ustawę to wizja Polski jako kraju wolnego od GMO, stawiającego na tradycyjną ekologiczną żywność pozostanie w sferze marzeń.

Prof. Szyszko zastanawia się, czy wprowadzenie Żywności Genetycznie Modyfikowanej na polski Rynek nam się opłaci? Czy warto jeść genetycznie modyfikowane świństwo? Ktoś kiedyś powiedział, że skoro ziemniak genetycznie modyfikowany jest tak paskudny, że nawet stonka nie chce go jeść to tym bardziej człowiek nie powinien tego ruszać. Powiem Wam, że coś w tym jest.

Wywiad z prof. Janem Szyszką umieszczony na stronie "Stefczyk Info" jest zatytułowany: Szyszko: GMO, czyli "dyktatura ciemniaków". Oto najciekawsze fragmenty:

"Szansą dla Polski jest to, że będzie słynęła, jako kraj wolny od GMO, który może produkować tak pożądaną żywność ekologiczną, wysokiej jakości". 

 "(...)ustawa o nasiennictwie jest autentycznym otwarciem Polski na uprawę roślin genetycznie modyfikowanych. Dlatego, że przewiduje się w niej, że wszystkie nasiona roślin genetycznie modyfikowanych, dopuszczone do uprawy w UE, będzie można uprawiać w Polsce". 

 "Coraz więcej ludzi nie chce jeść tej żywności. Coraz więcej ludzi domaga się żywności produkowanych na bazie tradycyjnych odmian roślin i zwierząt. Ale produkcja wysoka tych odmian jest możliwa wtedy, gdy posiada się nie zniszczone gleby. Polska je posiada. Mamy je dzięki polskiej kulturze rolnej i ekstensywnej produkcji. Dzięki temu możemy produkować żywność najwyższej jakości, która jest poszukiwana. Jednak od momentu wejścia w struktury UE rozpoczęła się ogromna presja na Polskę aby wpuścić genetycznie modyfikowane organizmy" 


Pytanie dziennikarza Stefczyk Info: Apropos skutków zdrowotnych: co rusz pojawiają się nowe badania, które dowodzą negatywnych skutków spożywania takiej żywności. W najlepszym przypadku sprawa jest więc nierozstrzygnięta. Tymczasem, mimo wątpliwości, istnieje ogromna presja na produkcję takiej żywności. To sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem... 

Odpowiedź prof. Szyszko: Tu się działa w imię interesów wielkich korporacji, które zaczynają sobie zawłaszczać rynek handlu nasionami. W środkach masowego przekazu mówi się, że ci co protestują przeciwko GMO to są ci niedouczeni. A ci co są za tym, by wprowadzać genetycznie zmodyfikowane organizmy są tymi wyedukowanymi. A patrząc logicznie: skoro ci tzw. niedouczeni - mają wątpliwości, bo np. czytają książki Jeffrey'a Smitha "Nasiona kłamstw. Genetyczna ruletka" – gdzie jest przegląd ponad 1000 prac naukowych dowodzących szkodliwości genetycznie modyfikowanych organizmów, to się ich nazywa niedouczonymi. Absurd. Zwolennicy GMO mówią też, że rośliny modyfikowane są szkodliwe dla szkodników, które się nimi żywią. Ale jeśli jest szkodliwe dla jednych organizmów to czy nie jest szkodliwe dla innych? Dla człowieka? Ale tu się znowu pojawia propaganda. Ten który ma wątpliwości – jest niedouczony. A ten, który nie czyta – jest douczony. Ja to określiłem jako "dyktaturę ciemniaków". Nie pytaj, nie czytaj, głosuj – bo tak mówią wielkie koncerny. 


Cały artykuł znajdziesz na tej stronie:  "Stefczyk Info"




czwartek, 13 grudnia 2012

Jak pokonałem trądzik. Poznajcie moją historię.


Wstęp.
            Zanim przejdę do opisu mojego wielkiego zwycięstwa nad trądzikiem chciłbym poruszyć  kilka innych ściśle z tym związanych spraw. Długo zastanawiałem się, czy upublicznić opis mojej walki m.in. z trądzikiem. Poniższy opis jest urywkiem, większej całości, który postanowiłem Wam pokazać. Kto wie może moja historia pomoże komuś wyleczyć swoje dolegliwości. Jeśli chociaż jedna osoba będzie zadowolona z tego posta, pomoże on choć jednemu Internaucie to odczytam to za wielki sukces. 

            Na wstępie chciłbym podzielić się z Wami swoimi przemyśleniami. Obserwując zachowanie naszego społeczeństwa muszę ze smutkiem stwierdzić, że stoimy nad przepaścią. "Masy" zaspokajają swoje żywieniowe potrzeby w ogromnych marketach, często nie czytając składu kupowanych produktów, nie sprawdzając ile jest w nich konserwantów i białego cukru. Lekarze i dietetycy biją na alarm ale ich krzyk nie przebija się do ogólnej świadomości - konsumenci wiedzą "lepiej", wiedzą, że tańsze jedzenie to lepsze jedzenie. Niedawno odbyła się debata zorganizowana przez PiS, dyskutowano o służbie zdrowia. Jeden z profesorów chirurgii powiedział wówczas, że "w telewizji często lecą reklamy zachęcające do picia coca coli i odwiedzania MC Donalda, dlaczego nie mówimy społeczeństwu, że to im szkodzi?". Jest to cytat z pamięci ale oddaje główny sens wypowiedzi Pana profesora.
            Innym przykładem jest historia, którą kiedyś przytoczył prof. Walter Weight znacie go z licznych filmów udostępnianych na moim blogu. Otóż na jednym z tych filmów profesor opowiadał historię znajomej, której dzieci były bardzo niegrzeczne. Kiedy matka przerażona zachowaniem swoich dzieci wezwała Woltera do swojego domu dzieci zachowywały się okropnie, broiły, skakały, zachowywały się tak jak obecnie w XXI wieku zachowuje się wiele dzieci. Wystarczy się rozejrzeć, poprzyglądać się matkom spacerującym z małymi dziećmi żeby potwierdzić moje słowa. No ale wróćmy do meritum: 

- prof. Walter zapytał znajomą: Czym karmisz swoje dzieci? 

- Ta oburzona od razu odpowiedziała: Moje dzieci jedzą wszystko to co najlepsze. Następnie zaprowadziła gościa do kuchni. Profesor Weight od razu zauważył paczki po chipsach i batoniki, a w lodówce napoje słodzone i gazowane, białe pieczywo, dużo kupnego mleka, syntetyczne witaminy z apteki itp. produkty. następnie doradził matce żeby to wszystko wyrzuciła i zaczęła karmić dzieci zdrowymi produktami, warzywami, swojskimi wędlinami, zdrowym mięsem (czyli m.in. nie smażonym).

Wierzcie lub nie ale po kilku miesiącach zdrowego stylu życia dzieci stały się grzeczne.


Jakie wnioski powinniśmy wyciągnąć z powyższej historii?
Moje pytanie nie jest bezzasadne. Wyobraźmy sobie, że matka nie potrafiąca poradzić sobie z zachowanie swoich dzieci zamiast do prof. Waltera Weitha zwróciłaby się o pomoc do psychologa albo psychiatry. Czy te osoby zapytałyby o dietę dzieci? Raczej wątpię. Obaj by coś tłumaczyli, próbowali zakodować dzieciom w podświadomości jakieś pozytywne afirmacje, psychiatra pewnie by przepisał jakieś leki i na tym by się skończyło. Dzieci dalej by jadły "śmieciowe" jedzenie pełne GMO, konserwantów i białego cukru, powodujące wiele chorób, utrudniające wchłanianie witamin i przyczyniające się do depresji oraz nerwicy.


Moje doświadczenia są podobne ale dotyczą problemów z trądzikiem.
               Walczyłem z trądzikiem w szkole średniej i na pierwszym roku studiów. W tamtym okresie często odwiedzałem dermatologa, który za każdym razem przepisywał mi antybiotyk (to była chyba tetracyklina lub tetrarysal) , nigdy nie wspominał o diecie. Szkoda bo kiedyś piłem dużo coli (i innych napojów gazowanych), jadłem ogromne ilości mięsa (głownie niezdrowych wędlin typu parówki i biała kiełbasa) i słodyczy, nie zwracałem uwagi na skład kupowanych produktów, zapijałem do jedzenia i popełniałem wiele innych grzechów żywieniowych. Moja twarz oraz klatka piersiowa i plecy były pokryte krostami, a na lewym policzku miałem ogromną krostę, którą Pani dermatolog z mojej rodzinnej miejscowości chciała wyciąć operacyjnie (ona również nic nie wspominała o diecie – tak samo jak dermatolog z sąsiedniego miasta do którego jeździłem później). Trując się antybiotykami i prowadząc niezdrowy styl życia w 2005 roku poszedłem na studia. Tam moje dolegliwości się pogorszyły, studenckie jedzenie zrobiło swoje, krosty były coraz większe, a dermatolog dalej ograniczał się do samych antybiotyków. W czerwcu, pod koniec pierwszego roku akademickiego w moje ręce wpadła książka prof. Michała Tombaka pt: Jak żyć długo i zdrowo.  
               Pamiętam pierwszy raz kiedy zacząłem ją czytać, nie potrafiłem przestać. Zrozumiałem wówczas jak bardzo szkodziłem sobie, jaką krzywdę wyrządziłem swojemu organizmowi i jak głupi byłem. To był 2006 rok, od tamtej pory unikam dermatologów – w sumie to staram się nie chodzić do lekarzy. Dermatolog nie mówi o diecie, a np. okulistka lecząca jęczmienie i gradówki skupia się najczęściej na kroplach i maściach, nie tłumaczy jaka jest przyczyna dolegliwości - skupia się za to na zachęcaniu do zabiegu usunięcia gradówki najlepiej prywatnie, byle zarobić.  Dolegliwości takie jak trądzik, gradówka, jęczmień są sposobem na oczyszczanie się organizmu z toksyn. Dlaczego dermatolodzy i okuliści nie tłumaczą tego pacjentom? Leczenie chemią tych dolegliwości w praktyce oznacza przeszkadzanie organizmowi w oczyszczaniu się! Więcej informacji na ten temat znajdziecie tu: http://portal.bioslone.pl/profilaktyka-zdrowotna i tu: http://portal.bioslone.pl/


"Choroby są procesem pozbywania się toksyn z organizmu. Objawy są naturalną ochroną organizmu. Nazywamy je chorobami, lecz w rzeczywistości leczą one choroby. Wszystkie choroby mają jedną przyczynę, choć objawiają się w różny sposób, w zależności od miejsca, w którym występują" - Hipokrates


               Nie namawiam Was do niechęci i unikania medyków (czytaj lekarzy, dermatologów, okulistów i innych) w razie ciężkiej choroby. Żyjemy w trudnych czasach, nasze środowisko oraz żywność są bardzo zanieczyszczone więc czasem naturalne metody mogą nie zadziałać i konieczna jest wizyta u lekarza (ale najczęściej naturalne metody radzą sobie z każdą dolegliwością).

               Ok wracamy do meritum, czyli moich zmagań z trądzikiem. Jest czerwiec 2006 roku, a ja czytam książkę Tombaka. Czułem jakby otworzyły się moje oczy, na początku myślałem, że zwymiotuję (świadomość tego jak ludzie są oszukiwani przez Koncerny potrafi zszokować!), nie sądziłem, że gazowane napoje, słodycze oraz konserwanty dodawane do jedzenia mają aż tak niszczycielski wpływ na nasze zdrowie. Moim pierwszym krokiem było zastąpienie białego chleba, razowym pieczywem, które kupowałem w małej piekarni. Później przestałem zapijać do jedzenia, od tamtej pory (czyli od 8 lat) płyny piję kilka minut przed albo ok. godziny po jedzeniu. Dzięki temu nie zadaję dodatkowych cierpień mojemu układowi trawiennemu – to jedna z najważniejszych żywieniowych zasad.

               Później wszystko działo się szybko, codziennie starałem się pić świeżo wyciśnięte soki z owoców i warzyw, przestałem jeść wędliny – ograniczam się do jedzenia mięsa tylko pod postacią obiadową (np. kurczak, wołowina, cielęcina itp.). Przestałem łączyć białka z węglowodanami, od kilku lat w mojej rodzinie nie jemu ziemniaków z mięsem. Na początku było ciężko ale po jakimś czasie poprawiły się wyniki badań mojego taty, który w najbardziej krytycznym momencie miał ostry stan przedzawałowy (jemu również prof. Tombak bardzo pomógł). Co było dalej? Hmm a już wiem przestałem się objadać wieczorami, zacząłem jeść śniadania i prowadzić bardziej aktywny tryb życia. Z biegiem czasu stałem się bardziej pogodnym, lepszym człowiekiem, nie mam już problemów z trądzikiem, pokonałem swoje dolegliwości trawienne oraz bezsenność. Jestem nowym, lepszym człowiekiem, który cieszy się życiem tak jak Anthony de Mello w Przebudzniu, rozumie jak ważna jest ludzka podświadomość o której pisał Joseph Murphy (m.in. w książkach: Potęga podświadomości, Cuda umysłu). Jestem człowiekiem, który odżywia się świadomie i nie daje się wykorzystywać Koncernom i nieuczciwym producentom.

Refleksja...
Na koniec dodam tylko, że jeśli chcecie być w pełni zdrowi to (moim zdaniem) powinniście zrozumieć, że wszystkie choroby, każda dolegliwość są sygnałami wysyłanymi przez organizm, np.: nadpobudliwość, bezsenność, myśli samobójcze itp. oznaczają niedobór niektórych witamin, a zmiany skórne (trądzik) oznaczają, że z wątrobą jest coś nie tak – prawdopodobnie przez wiele lat źle się odżywialiście i zanieczyściliście toksynami swoją wątrobę, która teraz bije na alarm
Przeczytajcie moje stare artykuły o wewnętrznym oczyszczaniu organizmu i potędze podświadomości (linki poniżej) oraz postarajcie się czytać jak najwięcej książek poświęconych tematyce zdrowotnej. Nie tylko książek prof. Michała Tombaka ale od niego warto zacząć.

Moje artykuły:

 



Polecam:
DIABLO: Archanioł Inarius - 


Wiedźmin 3: Dziki Gon. Gra z pogańskimi wierzeniami naszych przodków - 


Pan Wołodyjowski w grze Diablo III - 

wtorek, 11 grudnia 2012

Odżywianie ludzi paleolitu

Ludzie epoki paleolitu byli doskonałymi myśliwymi. Najchętniej polowali na jelenie olbrzymie, żubry pierwotne oraz innych trawożernych przedstawicieli megafauny. Wiedli koczowniczy tryb życia (bez stałych osad) więc nie było potrzeby przenoszenia zabitych zwierząt do odległych siedlisk (najmniejsze ważyły pół tony), tylko siedliska zakładali opodal. Tacy byli praktyczni.

Nie musieli martwić się o świeżość mięsa, gdyż klimat epoki lodowcowej sprzyjał przechowywaniu żywności „na dworze”. Odcinali więc kamiennymi nożami kawały mięsa, piekli na ogniu i jedli do woli. Gdy po obfitym posiłku czuli, że mięso jakoś stoi w żołądku, wiedzieli, że ulgę przynosi zjedzenie pewnych owoców leśnych, liści, korzonków czy kłączy dziko rosnących roślin.

Po pewnym czasie jadalnych roślin w pobliżu obozowiska zaczęło brakować i trzeba było szukać je coraz dalej. A że po obfitym posiłku nie chce się nigdzie chodzić – poszli więc po rozum do głowy i rośliny zbierali przed posiłkiem. W ten oto sposób człowiek epoki paleolitu wynalazł dodatki do dań mięsnych, czyli dobrze nam znane surówki. Ponieważ jedzenie wciąż tej samej żywności może się znudzić, do przyrządzanego mięsa zaczęto dodawać soli oraz wonnych i ostrych ziół. Innymi dodatkami do jadłospisu naszych przodków były występujące sezonowo jajka ptaków, grzyby, orzechy, leśne owoce, a także nasiona dziko rosnących zbóż.

Badacze są zgodni co do tego, że ludzie w epoce paleolitu na zdobycie pożywienia poświęcali nie więcej, jak cztery godziny dziennie. Mieli więc dużo wolnego czasu, który wykorzystywali na wytwarzanie i doskonalenie narzędzi do polowań, albo omawiali nowe sposoby zasadzek na zwierzynę. Jedli więc i siedzieli, bo albo coś dłubali, albo dyskutowali, i tym sposobem doskonalili ludzką mowę. A było to możliwe tylko dzięki temu, że odżywiali się najbardziej odżywczym pożywieniem jakie stworzyła natura – mięsem.

 



ŹRÓDŁO (koniecznie odwiedź i przeczytaj):


poniedziałek, 3 grudnia 2012

Kawa kusi i zniewala

Na wstępie chciałbym powiedzieć, że (według mnie) kawa może być elementem zdrowej diety. Piję ten cudowny napój codziennie godzinę po śniadaniu i czuję się świetnie. Polecam kawę ARABICA (każdy jej rodzaj jest wspaniały), która jest dostępna w sklepach z żywnością ekologiczną.


Nie zgadzam się z osobami, które twierdzą, że kawa jest niezdrowa i nie powinno się jej pić. Wyniki badań opublikowanych "International Journal of Cancer" potwierdzają, że kawa i herbata mogą uchronić przed rakiem nerki. Już jedna filiżanka herbaty dziennie może zmniejszyć prawdopodobieństwo zachorowania na nowotwór nerki o 15-16 procent.

Pracownicy naukowi Harvard Medical School w Bostonie przeprowadzili badania, z których wynika, że u osób pijących trzy kubki kawy dziennie ryzyko wystąpienia nowotworu nerki jest o 16% niższe niż u ludzi, którzy piją wyłącznie soki i mleko. Powodem, dla którego kawa i herbata mogą nas chronić jest fakt, iż napoje te mają udział w regulowaniu poziomu insuliny - hormonu normującego poziom cukru we krwi.

Zwiększona ilość insuliny zaś może powodować wzrost ryzyka zachorowania na raka nerki. Ponadto, kawa i herbata są źródłem antyutleniaczy, które wspomagają ochronę komórek przed zniszczeniem przez rozwijający się nowotwór.

Wieloletnie badania umożliwiające wysunięcie opisanych wniosków przeprowadzono przy udziale 530 tysięcy mężczyzn i 244 tysięcy kobiet. W ciągu dwudziestu lat dokładnie analizowano diety i stan zdrowia uczestników badań. To tylko jedno z wielu badań, które ukazały pozytywny dla naszego zdrowia wpływ regularnego picia 1-2 filiżanek kawy. Kiedyś czytałem, że o wiele zdrowsze jest codzienne picie kawy niż picie jej tylko od czasu do czasu.


Kawa niweluje skutki alkoholu
Naukowcy ze Stanów Zjednoczonych odkryli, że picie kawy może obniżać ryzyko zachorowania na alkoholową marskość wątroby - donosi jeden z numerów czasopisma "Archives of Internal Medicine".

Marskość wątroby jest chorobą, w której stopniowo niszczona zdrowa tkanka wątroby zastępowana jest tkanką bliznowatą. Wirusy, takie jak wątroby typu C (hepatitis C), mogą wywoływać marskość wątroby, jednak to długotrwałe, ciężkie nadużywanie alkoholu jest najczęstszą przyczyną choroby w krajach rozwiniętych - informują autorzy doniesienia.

Mimo to większość alkoholików nie choruje na marskość wątroby. Czynnikami, które wpływają na ryzyko wystąpienia schorzenia poza piciem alkoholu, są predyspozycje genetyczne, dieta i odżywianie, palenie tytoniu i interakcje alkoholu z innymi czynnikami niszczącymi wątrobę. Arthur L. Klatsky wraz ze współpracownikami analizował dane 125 580 pacjentów, w tym 55 247 mężczyzn i 70 333 kobiet, którzy nie zgłaszali chorób wątroby podczas badania początkowego pomiędzy 1978 a 1985 rokiem. Uczestnicy wypełniali ankietę, w której proszeni byli o podanie informacji między innymi na temat ilości alkoholu i kawy, jaką wypijali dziennie w ubiegłych latach.
Część pacjentów miała również wykonywane oznaczenia enzymów wątrobowych we krwi. Enzymy te są uwalniane do krwiobiegu, kiedy wątroba jest chora lub zniszczona.
Przed końcem 2001 roku u 330 uczestników badania zdiagnozowano marskość wątroby, w tym 199 z alkoholową odmianą choroby.

Po wnikliwej analizie wyników badania okazało się, że z każdą filiżanką kawy wypijaną dziennie ryzyko zachorowania na alkoholową marskość wątroby spadało wśród uczestników projektu o 22 procent. Picie kawy nieznacznie obniżało też ryzyko zachorowania na marskość wątroby spowodowaną innymi czynnikami.

Co ciekawe, naukowcy zaobserwowali również, że pacjenci, którzy pili więcej alkoholu, mieli podwyższony poziom badanych enzymów we krwi - co wskazywało na uszkodzenie wątroby, niemniej jednak u tych, którzy pili zarówno kawę jak i alkohol, poziom enzymów był niższy niż u pacjentów pijących tylko alkohol. Zależność ta była najbardziej widoczna u uczestników badania pijących najwięcej.

Picie herbaty nie wiązało się z obniżeniem ryzyka, co sugeruje, że to nie kofeina jest odpowiedzialna za związek picia kawy ze zmniejszeniem prawdopodobieństwa zachorowania na marskość wątroby.
Odkrycie to nie jest sugestią dla lekarzy, żeby zalecali picie kawy w celu uniknięcia marskości wątroby, piszą autorzy. "Nawet jeżeli kawa działa protekcyjnie, zasadniczym warunkiem zredukowania marskości wątroby jest unikanie lub zaprzestanie picia alkoholu w dużych ilościach" - podkreślają naukowcy, spekulując jednocześnie, że kawa może reprezentować jeden z wielu potencjalnych czynników wpływających na ryzyko wystąpienia marskości wątroby.



Siedem powodów dla których warto pokochać kawę (max. 2 szklanki dziennie)

1. Kofeina zawarta w kawie chroni miąższ wątroby przed uszkodzeniem.
2. Kawa pita z umiarem i regularnie zmniejsza ryzyko raka jelita grubego i pęcherza. Wszystko dzięki licznym antynowotworowym przeciwutleniaczom, które są wchłaniane właśnie w tym odcinku jelita i zapobiegają niszczeniu jego ścian przez wolne rodniki.
3. Kawa zapobiega astmie, tłumi wydzielanie histaminy odpowiedzialnej za alergię.
4. Kawa zmniejsza ryzyko cukrzycy typu II. Przeciwutleniacze zawarte w kawie wpływają korzystnie na metabolizm cukru w organizmie.
5. Kawa zwiększa płodność u mężczyzn. Plemniki mężczyzn pijących kawę są bardziej żywotne.
6. Kawa zapobiega łysieniu.
7. Kawa chroni przed chorobą Parkinsona. Picie nawet niewielkich porcji kawy stymuluje naczynia krwionośne w mózgu, dzięki czemu do komórek nerwowych dociera więcej tlenu i substancji odżywczych.



Podobne artykuły:

Alkohol a zdrowie
Zielona herbata
 

Popularne artykuły