sobota, 28 marca 2015

Analfabetyzm komputerowy

Z pojęciem analfabetyzmu komputerowego można się zetknąć w wielu publikacjach (np. Janina Kosmala, Edukacja w społeczeństwie informacyjnym, Częstochowa 2009). Innym bardzo ważnym pojęciem jest społeczeństwo informacyjne

Aby zrozumieć oba pojęcia najpierw należy wyjaśnić, że każde społeczeństwo przechodzi przez różne etapy rozwoju (ewoluuje). Ludzie w najdawniejszych czasach prowadzili wędrowny tryb życia. W kilku miejscach na świecie istnieją plemiona, które dalej wędrują z miejsca na miejsce. Można o nich przeczytać np. w książce Wojciecha Cejrowskiego pt.: "Rio Anaconda".

Z czasem nauczyliśmy się uprawiać ziemię, hodować zwierzęta itp. co zaowocowało wejściem w nowy typ społeczeństwa osiadłego. Osiadły tryb życia zarówno w epoce starożytnej jak i w średniowieczu charakteryzował się tym, że jego fundamentem było rolnictwo. 

Sytuacja ta zaczęła się zmieniać w XVIII w. wraz z wynalezieniem (wprowadzeniem w życie) maszyny parowej. Człowiek ze społeczeństwa rolniczego zaczął ewoluować w typ społeczeństwa przemysłowego. Oczywiście nie zawsze i nie wszędzie. Ale ogólnie taka właśnie była tendencja. Wystarczy przytoczyć powieść Władysława Reymonta pt.: "Ziemia obiecana", w której tytułową ziemią obiecaną jest miasto Łódź. Ludzie ze wsi w XIX wieku masowo przyjeżdżali do miast (m.in. do Łodzi) w których powstawały fabryki dające tysiące miejsc pracy. 

Problemem wielu osób żyjących w Polsce w XXI wieku jest to, że nie dostrzegają przemian zachodzących dookoła. Musimy sobie uświadomić, że w naszej części świata era społeczeństwa przemysłowego już przeminęła, NIE MA, PRL NIE WRÓCI, OGROMNE ZAKŁADY PRZEMYSŁOWE NIE WRÓCĄ TO PRZESZŁOŚĆ

Ludzie, szczególnie osoby starsze często powtarzają, że kiedyś wszyscy mieli pracę w państwowych zakładach przemysłowych, a za Gierka (lata 1970-1980) było wspaniale. Może i było ale to już przeszłość. To dawna epoka, która przeminęła. 


Źródło obrazka: http://slideplayer.pl/slide/56499/


Społeczeństwo informacyjne...

Musicie sobie uświadomić, że Polska obecnie stara się wejść na nowy poziom społeczeństwa zwany społeczeństwem informacyjnym. W tego typu nowoczesnych krajach nie ma miejsca na ciężki przemysł. W społeczeństwie informacyjnym (np. w Dolinie Krzemowej, Singapurze) pod pojęciem przemysł rozumie się produkcję komputerów, procesorów, mikroprocesorów, nanotechnologię i ogólnie wszystko to co kryje się pod pojęciem nowoczesnych technologii. Poza tym w społeczeństwie informacyjnym w stronę, którego Polska ewoluuje ważna jest umiejętność obsługi komputera, smartfonów, tabletów, Internetu itp.


"Raport Europa a globalne społeczeństwo informacyjne. Zalecenia dla Komisji Europejskiej opracowany w 1994 r. przez Komisję Bangemanna (i uznany przez Unię Europejską za wyznacznik pożądanego kierunku działań), stwierdza: "Kraje, które pierwsze wejdą w erę społeczeństwa informacji zbiorą największe żniwo. To one wyznaczą drogę dla innych. Natomiast te kraje, które będą zwlekać, lub podejmą działania połowiczne, mogą w czasie krótszym od dziesięciolecia stanąć w obliczu załamania się inwestycji i kryzysu na rynku pracy".
Polska wkroczyła w lata dziewięćdziesiąte jako społeczeństwo "przedinformacyjne", z licznymi oznakami zacofania gospodarczego i społecznego. Do dzisiaj polski rynek informatyczny jest nieproporcjonalnie mały w stosunku do potrzeb wynikających ze stopnia rozwoju gospodarki i liczby ludności. Kraje rozwinięte wydają na informatykę pięciokrotnie więcej (per capita). Pod tym względem wyprzedzają Polskę również Czechy i Węgry. Ogólny poziom edukacji informatycznej społeczeństwa polskiego jest bardzo niski i nie gwarantuje nabycia powszechnej umiejętności korzystania z systemów informacyjnych i informatycznych.
Polsce może więc grozić znalezienie się w tej drugiej grupie krajów, które wkrótce mogą osiąść na "mieliźnie rozwojowej", zostać zmarginalizowane, uzależnione od trendów rozwojowych, gospodarek i technologii krajów silniejszych oraz poddane ich ekspansji rynkowej. Stąd potrzeba stworzenia i wdrożenia kompleksowego planu wprowadzania Polski do społeczeństwa informacyjnego" - źródło: http://kbn.icm.edu.pl/pub/info/dep/spo.html


Mam nadzieję, że powyższy fragment da do myślenia osobom, które nie widzą potrzeby uczenia się obsługi nowoczesnych technologii.



Analfabetyzm komputerowy...

"Analfabetyzm komputerowy" jest dziś niestety powszechny, często wśród osób starszych. Chociaż z drugiej strony młodzież też często zalicza się do grona komputerowych analfabetów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu analfabetami nazywano osoby, które nie potrafiły pisać i czytać. Tacy ludzie byli w pewnym sensie wyrzuceni poza nawias społeczeństwa. Analfabeta nie potrafił przeczytać gazety, podpisać się, napisać bądź przeczytać listu itp. Ktoś taki nie był w stanie prawidłowo funkcjonować w rozwijającym się społeczeństwie przemysłowym.

Dziś w XXI wieku wszyscy potrafią czytać i pisać. Owszem ludzie mają problemy ze zrozumieniem czytanego tekstu, a młodzież i studenci często nie potrafią przeczytać grubszej książki lub bardziej obszernego artykułu. Poza tym uczniowie i studenci mają problem z pisaniem dłuższych wypracowań.

Mimo wszystko analfabetyzm w Polsce dziś nie występuje. Inaczej jest z analfabetyzmem komputerowym, który dotyka wielu Polaków w różnym wieku. Jak rozpoznać analfabetę komputerowego? To bardzo proste. Jest to osoba, która nie ma swojego maila, nie potrafi obsługiwać komputera, nie ma konta w banku, a co za tym idzie karty do bankomatu, używa starego telefonu komputerowego lub nie ma go wcale. Analfabeta komputerowy nie wie czym jest smartfon i tablet, nie może studiować ponieważ nie będzie potrafił obsługiwać programu USOS ani dokonywać rezerwacji książek w uniwersyteckiej bibliotece. Analfabeta komputerowy w XXI wieku jest wyrzucony poza nawias społeczeństwa ponieważ nie nadąża za rozwojem nowoczesnych technologii w tworzącym się społeczeństwie informacyjnym.


Społeczeństwo informacyjne a polskie szkoły...

Na zakończenie chciałbym zamieścić moją krótką refleksję na temat polskich szkół w społeczeństwie informacyjnym. Moim zdaniem w XXI wieku rola nauczyciela bardzo się zmieniła. Kiedyś nauczyciel był praktycznie monopolistą wiedzy dla młodego człowieka. Uczniowie w społeczeństwie przemysłowym nie mieli Internetu, a książki były drogie. Dla wielu z nich nauczyciel był jedynym źródłem wiedzy o świecie. Dlatego kiedyś nauczyciele podawali dużo treści, którą często "wkuwano" na pamięć. W XXI wieku w Polsce rola nauczyciela musi ulec zmianie. Tak wielu nauczycieli złości się kiedy uczeń na lekcji bawi się smartfonem albo tabletem. Ja też kiedyś jak prowadziłem lekcje denerwowałem się z tego powodu. Obecnie widząc na swojej lekcji ucznia bawiącego się takimi gadżetami każę mu znaleźć na google treści związane z lekcją. Czasem sam proszę uczniów o wyjęcie smartfonów i wyszukanie treści związanych z tematem.

Moim zdaniem nauczyciel w XXI wieku w tworzącym się społeczeństwie informacyjnym powinien uczyć uczniów jak powinni się uczyć, jak segregować informacje, jak odróżnić dobrą informację od informacji złej. Uczniowie obecnie są wręcz bombardowani informacjami. Uczeń już nie potrzebuje nauczyciela żeby dowiedzieć się np. o Polsce w średniowieczu albo o tym jak wygląda podział administracyjny Niemiec, Francji lub Rosji. Uczeń tego wszystkiego może nauczyć się sam z ebooków, stron internetowych i łatwo dostępnych książek oraz czasopism. 

Żeby nauczyciel nadążył za zmianami powinien rozwijać swoje umiejętności w zakresie obsługi nowoczesnych gadżetów. Taki jest wymóg czasu, wymóg rozwijającego się społeczeństwa. Zresztą to dotyczy nie tylko nauczycieli ale wszystkich ludzi. Musicie się zainteresować nowoczesnymi technologiami albo zostaniecie daleko w tyle na marginesie pędzącego do przodu społeczeństwa.

poniedziałek, 2 marca 2015

Jak ma wyglądać walka z nowotworami w Polsce?

Poniższy tekst pochodzi z książki Jerzego Zięby pt.: "Ukryte terapie. Czego ci lekarz nie powie". Naprawdę, książką jest niesamowita. Przeczytałem ją kilka dni temu i dalej nie mogę wyjść z podziwu.





Fragment książki Jerzego Zięby:

Poniższy tekst miał nie znaleźć się w tej książce (Ukryte terapie - Jerzy Zięba) ponieważ, jak usłyszałem : zepsuje on całą książkę, jej koncept… Ze względu jednak na to, że według mnie, poniżej omawiany temat jest widocznym ukrywaniem prawdy lub lekko mówiąc: „mijaniem się z prawdą”, postanowiłem zaryzykować. Dodatek ten jest poświęcony walce z rakiem w Polsce. To nie przeziębienie, tylko choroba, która budzi strach znacznie większy, niż jakiekolwiek inne problemy zdrowotne, ze względu na swoją bezlitosną naturę i bezradność dotyczącą jej leczenia przez medycynę akademicką.

Wydawało mi się, że informacje zawarte w tym dodatku będą naprawdę ważne, wręcz krytyczne dla każdego, komu na sercu leży to, żeby nie zachorować na tą straszną chorobę, która uderza niespodziewanie, bezwzględnie, nie zwracając uwagi czy to dziecko czy osoba już w bardzo podeszłym wieku.
Czy dodatek ten powinien się w tej książce znaleźć czy nie… niech każdy czytający tą książkę oceni sam. Ja tylko po raz któryś: INFORMUJĘ.

Ale.. zacznijmy od tego, że na początku lat 70-tych, ówczesny prezydent USA, Richard Nixon, „wypowiedział wojnę” nowotworom. Specjalnie użyto terminologii wojskowej, żeby opisać podejście nauki do tej strasznej choroby. Wydano miliardy dolarów na badania nad rakiem i poszukiwanie środków chemioterapeutycznych mających hamować jego rozwój. Teraz, po ok. 40 latach, okazuje się, że strategia walki z rakiem, jaką przyjęto głównie w USA była błędna. Nawet najskuteczniejsze procedury medyczne i leki przeciwnowotworowe nie były w stanie zahamować dynamiki nowych zachorowań na choroby onkologiczne. Niepokojące jest, że gwałtownie rosną również koszty leczenia chorób nowotworowych, które nawet w krajach najbogatszych wymykają się spod kontroli.

Światowa Organizacja zdrowia, w jednym ze swoich raportów stwierdza, że w stosunku do tego co dzisiaj doświadczamy, w ciągu następnych 20 lat, liczba zachorowań na nowotwory wzrośnie o prawie 60% ! Nie o 6, nie o 16, a o 60% !
O tym oczekującym nas zjawisku, otwarcie już mówi się : „Nowotworowe TSUNAMI”.

Innym słowy : wojna z rakiem została przegrana, nie zahamowano epidemii chorób onkologicznych. Dzieje się wręcz przeciwnie.

A co dzieje się lub będzie się działo w Polsce, bo to nas najbardziej obchodzi? Z ostatnich danych za lata 2010-2013 wynika, że np. w województwie opolskim wzrost zachorowań w tym okresie (w ciągu zaledwie TRZECH LAT) wyniósł 22%!!
Jak zabezpieczymy nas, nasze dzieci, nasze wnuki, przed nowotworowym TSUNAMI?
Czy indywidualne, każdego obywatela Polski z osobna, podejście do tak skomplikowanego problemu zdrowotnego będzie skuteczne? Czy nie jest potrzebna ingerencja instytucji rządowych?
Na szczęście, działania takie podjęto. Na zlecenie polskiego Rządu opracowano dokument, nazwany : „Strategia walki z rakiem w Polsce 2015-2024” i zgodnie z zasadami poddano go tzw. konsultacjom społecznym. Czyli, każdy obywatel może się wypowiedzieć. Ale… kto to przeczyta? To prawie 160 stron.
Ja to przeczytałem i nie ukrywam, dokument ten wstrząsnął mną do głębi. Niepewien mojej reakcji skonsultowałem treść tego dokumentu z kilkoma znajomymi zajmującymi się tą tematyką i… reakcje były podobne. Ale… od początku.

Wiemy już, że zapobieganie chorobie nowotworowej to nie mammografia czy kolonoskopia. Zapobieganie tej chorobie, to zadbanie o to, aby organizm miał to, czego potrzebuje i nie miał tego, co mu przeszkadza. Niestety w proponowanej Strategii (poza paleniem tytoniu i nadużywaniem alkoholu) nie ma ani jednego elementu tego rodzaju. Żadnego.
Nie ma niczego na temat powyżej omawianych witamin, minerałów czy innych substancji koniecznych do właściwego funkcjonowania układu odpornościowego.
Nie ma niczego na temat długoterminowego dbania o właściwe funkcjonowanie układu odpornościowego, który, jak już wiemy, odgrywa kluczową rolę w zapobieganiu chorobie nowotworowej. Dlaczego tego tam nie ma?

Mówi się o unikaniu zanieczyszczenia środowiska, bo te zanieczyszczenia sprzyjają powstawaniu nowotworów, ale… nigdzie nie ma nawet jednego słowa o tym, że nasze organizmy są JUŻ TERAZ zatrute i jak tych substancji toksycznych się pozbywać.
Nie ma nawet jednego słowa o witaminie D, K2, E itd… a Czytelnicy wiedzą już przecież, jakie ma to znaczenie w zapobieganiu chorobie nowotworowej. Wiemy, że to właśnie jest PODSTAWĄ zapobiegania nowotworom. Tego tam nie ma… wielu więcej istotnych rzeczy tam nie ma. A co jest? Jest tam bardzo dużo na temat stosowania radioterapii i chemioterapii i… niewiele więcej. 

Jest to dokument strategiczny dla systemu zdrowia w Polsce, czyli jak nasze Państwo planuje zadbać o zdrowie swoich obywateli. Stworzenie każdej strategii obejmuje dogłębną analizę tego co było, ponieważ chodzi o niepopełnienie błędów z przeszłości. Jest widoczne, że zespół tworzący tą Strategię takiej „oceny” dokonał :
Instytucją, która prowadzi wszelkiego rodzaju statystyki, wydaje zalecenia dotyczące leczenia choroby nowotworowej i prowadzi rejestr skuteczności leczenia nowotworów w USA, jest Narodowy Instytut ds. Nowotworów (National Cancer Institute, NCI). Instytut ten wydał ok. 90 MILIARDÓW dolarów na badania i leczenie nowotworów w okresie trwania “wojny przeciwko nowotworom” ogłoszonej przez prezydenta Nixona.
Inne źródła wspominają, że tak naprawdę, było to ok. 200 miliardów dolarów. Powstało ponad 260 różnych organizacji typu non-profit, zajmujących się walką z rakiem, których łączny budżet wyniósł 2,2 MILIARDA dolarów.

Co jest efektem prowadzenia tej „wojny”? Od 1975 r do 2007 ilość przypadków raka piersi wzrosła o… 30%, a nowotworów prostaty o…50% !! W przypadku wielu innych nowotworów nadal odnotowuje się wzrost, szczególnie w przypadku nowotworów nerki, wątroby, tarczycy, skóry i układu limfatycznego. Szczególnie niepokojącym jest znaczny wzrost występowania białaczki oraz nowotworów mózgu u dzieci.
Oficjalnie już się mówi, że w USA wojna z rakiem została przegrana, co jest efektem stosowania w tym kraju określonego rodzaju strategii walki z rakiem, która oparta była na stosowaniu chemio i radioterapii. Dane pochodzące z Narodowego Instytutu ds. Nowotworów są wręcz druzgocące. Jest to tym bardziej przerażające, że dane tej instytucji uchodzą za najbardziej wiarygodne. 
Jednakże Bronisławowi Komorowskiemu, Prezydentowi RP, Donaldowi Tuskowi – Prezesowi Rady Ministrów RP i Bartoszowi Arłukowiczowi Ministrowi Zdrowia w Liście Otwartym z datą 18 grudnia 2013 Sygnatariusze i Autorzy omawianej Strategii oznajmiają, że : 
Ogłoszony w roku 1971 przez prezydenta Richarda Nixona w USA plan „The war against cancer”, czy w roku 2000 przez prezydenta Jacques Chiraca we Francji „Plan cancer” zapoczątkowały w obu krajach spektakularny postęp w wynikach leczenia nowotworów. 

List ten można przeczytać na:


Rozbieżności pomiędzy informacją przekazaną Prezydentowi Państwa polskiego, Premierowi i Ministrowi Zdrowia, a danymi z USA, bezwzględnie wymagają wyjaśnienia, ponieważ są one skrajnie różne. 
To jest niezwykle ważne, bo jak widać, na podstawie tego „spektakularnego sukcesu w USA” planuje się chronić nas, nasze dzieci, wnuki itd… czyli społeczeństwo polskie, przed nowotworowym „tsunami”. Z efektem takim, jaki osiągnięto np. w USA!

Czy tego chcemy? Oczywiście, że nie. To co w takim razie możemy zrobić?
Przede wszystkim, należy o tym mówić, należy to nagłaśniać. Przekazywać wszystkim swoim kontaktom. Można zacząć od dopisania się do elektronicznej petycji, którą podpisało już ponad 3 400 osób (lista, w tym prominentnych sygnatariuszy, jest widoczna na końcu petycji) na :


Można też, w wyszukiwarce Google wpisać:

Prośba o zmianę projektu Strategii Walki z rakiem 

Zachęcam też do przeczytania Komentarzy do wspomnianej Strategii. Nie potrzeba czytać dokumentu Strategii (chyba, że ktoś chce), wystarczy przeczytać Komentarze, żeby zorientować się o wartości merytorycznej Strategii jaką proponuje się zaadoptować.

Oba dokumenty można uzyskać na :


Zgodnie z wymaganymi procedurami, petycja została złożona.

W dniu 03 lipca 2014 odbyła się w Warszawie konferencja, na której dokonano formalnej prezentacji proponowanej naszemu Rządowi wyżej opisywanej Strategii walki z rakiem. Obecna tam jedna z osób, które podpisały petycję i opracowane wcześniej Komentarze do tej Strategii zapytała :

„Do Komisji zajmującej się tym projektem wpłynął dokument – komentarz, pod którym podpisało się około 3 tyś obywateli – wielu bardzo prominentnych profesorów medycyny, ostro krytykując strategię, jako zagrożenie dla społeczeństwa polskiego. W latach 70-tych w USA wprowadzono podobną strategię, spowodowała ona, że Amerykanie przegrali walkę z rakiem wydając w tamtym czasie na leczenie 200 mld dolarów. Czy ktoś przeanalizował nasz dokument – Komentarz do Państwa strategii? 
Dlaczego autorzy nawet nie otrzymali potwierdzenia o zapoznaniu się z dokumentem ani zaproszenia na konferencję?

Przewodniczący zespołu tworzącego Strategię odpowiedział, że: tak, wpłynął taki dokument, ale : dokument ten skrytykował w całości stworzoną Strategię, podpisali go studenci i jacyś uzdrowiciele, nazwiska podpisanych kilkakrotnie się powtarzały, podpisali go co prawda profesorowie medycyny, ale… nie są oni onkologami. Ponadto powiedział, że nasze Komentarze zawierały „jakieś egzotyczne zalecenia”. Jeśli dla tego pana silnie przeciwnowotworowe działanie witamin np. witaminy D lub C, substancji pochodzenia naturalnego o potwierdzonym publikacjami działaniu przeciw nowotworowym, stanowi EGZOTYKĘ, to jak widać, tytuł profesora medycyny nie gwarantuje, że osoba go posiadająca ma również najnowszą wiedzę w zakresie szeroko pojętej medycyny (farmakognozji, homeopatii, medycyny ortomolekularnej, TCM). Tego typu uwagi miały zdyskredytować to, co podpisało ponad 3000 obywateli polskich. 

A przecież :

1. Czy to, że autorzy petycji skrytykowali Strategię jest argumentem, do tego, aby taką petycję zignorować? Oczywiście, autorzy Strategii woleliby, żeby wszyscy potulnie zgodzili się z ich Strategią bez żadnego sprzeciwu czy krytyki. Jeśli tak, to po co udawać przed społeczeństwem, że Strategię poddaje się konsultacjom społecznym.
Konstruktywna krytyka, jaka została przedstawiona, powinna wywołać dalszą dyskusję, z korzyścią dla wszystkich obywateli Polski. Ale… do takiego merytorycznego dialogu już nie dopuszczono. Twórcy Strategii, zabierają „swoje zabawki” i idą do domu, TYLKO DLATEGO, że ponad 3 000 (na razie) osób skrytykowało to, co zrobili. Ocenę takiego zachowania pozostawiam Czytelnikom. Pamiętajmy tylko, że nie o przeziębienie tu chodzi.

2. Nasze Komentarze podpisało około 10 profesorów, kilku profesorów medycyny z tego 2 onkologów (w tym chirurg onkologiczny i histopatolog onkologiczny) oraz kilku doktorów medycyny – onkologów. Z odpowiedzi przewodniczącego zespołu tworzącego Strategię dowiedzieli się oni, że należą do grupy „uzdrowicieli”, a więc nie można ich zdania brać na poważnie. Czy to miała być kpina? Czy też wykazanie się arogancją sięgającą zenitu?

3. Na liście podpisów pod naszymi Komentarzami nie ma żadnych podwójnych ani potrójnych wpisów (uniemożliwia to sam portal z petycją i jego regulamin). Pan przewodniczący z pewnością zobaczył, że np. żona i mąż podpisali się tym samym nazwiskiem i z ironią usiłował zdyskredytować znaczenie podpisów sugerując, że te same osoby podpisały się kilkakrotnie.

4. W jakim celu poddaje się tak ważny dokument „konsultacjom społecznym”, skoro w sposób otwarty, lekceważy się odpowiedź społeczeństwa? Jeśli tak mają wyglądać „konsultacje społeczne” to jest to kpina z obywateli Polski. Należy więc zapytać, ale KONKRETNIE, np. Premiera czy popiera podejmowanie decyzji przez Rząd na podstawie fikcji jaką są „konsultacje społeczne” w przedstawionym wydaniu.

5. Wg. pana przewodniczącego, głos studenta się nie liczy. Czy student nie należy do społeczności polskiej? Głos profesora medycyny też się nie liczy, bo… nie jest onkologiem. Jeśli tak, to po co stwarzać Polakom złudzenie, że „konsultacje społeczne” mają jakiekolwiek znaczenie oprócz przysłowiowego „kitu” i zamydlania oczu. Nazwa „konsultacje społeczne” jest chwytliwa, sprawiająca wrażenie, że od nas, tzn. od społeczeństwa coś zależy. Podczas, gdy prawda jest taka, że jak pokazano, społeczeństwo i jego głos, nie liczy się wcale.

Skoro nie liczy się głos nikogo, kto nie jest onkologiem, to po co przed społeczeństwem udawać, że prowadzi się „konsultacje społeczne”? Wystarczyło przesłać ten dokumenty tylko do onkologów.

Przecież konsultacje, to przede wszystkim rozmowa, szukanie rozwiązań, sięganie po nowatorskie rozwiązania, spoglądanie na problem w sposób najszerszy z możliwych, dzielenie się wiedzą itd… W tym przypadku, pomimo wielkiego bicia medialnej „piany” nic takiego nie nastąpiło.

Dlaczego tak się dzieje? Nie ujawnię żadnej tajemnicy ani nie przekażę żadnej rewelacji, jeśli powiem, że „karty zostały już dawno rozdane”. 
Pan przewodniczący powiedział, że tym trzem tysiącom podpisanym osobom chodziło o to, że cytuję : „nie dopuszczamy ich do stołu pańskiego”(!!).

Hmm… do „stołu” czy do „żłobu”. Często się słyszy, że ta tendencyjnie stworzona Strategia jest wynikiem niezwykle silnego lobbowania przez przemysł farmaceutyczny.
Dlaczego, żaden z członków zespołu tworzącego tą Strategię nie ujawnił swoich połączeń, bezpośrednich i pośrednich z firmami farmaceutycznymi? No dlaczego?
Przecież w cywilizowanym świecie to absolutna podstawa. W takim przypadku jak ten, JAKIEKOLWIEK powiązania z przemysłem farmaceutycznym natychmiast taką osobę dyskwalifikują.

Należy w sposób BEZWZGLĘDNY żądać informacji czy i który z twórców Strategii jest opłacany przez firmy farmaceutyczne.
Jeśli jest to np. profesor to, kto płaci za jego wykłady, jakie prowadzi dla lekarzy w ramach „doskonalenia zawodowego”? Czy np. Instytut przez niego prowadzony jest w jakikolwiek sposób wspierany przez firmy farmaceutyczne?
Każda osoba biorąca udział w tworzeniu Strategii powinna podlegać takiej weryfikacji. Inaczej dojdzie do tego, że jak to się często mówi : „złodziej stanie się sędzią we własnej sprawie”, a ta „sprawa” jest zbyt poważna, bo dotyczy śmiertelnego zagrożenia zdrowia każdego Polaka bez względu na wiek !

Czy organizacje, jakie zaproszono do współtworzenia Strategii są w JAKIKOLWIEK sposób wspierane przez firmy farmaceutyczne? Wystarczy dokładnie przejrzeć źródła dostępne w internecie i już wszystko jest jasne, kto korzysta ze wsparcia przemysłu, którego celem jest osiągnięcie jak największych zysków ze sprzedaży leków, a nie rzeczywiste, przeciwnowotworowe działania profilaktyczne. Jeśli odrzucić członków tworzących tą Strategię, którzy mają jakiekolwiek powiązania z przemysłem farmaceutycznym, kto by pozostał, żeby to „dzieło” stworzyć? Nie wiem, bo nie widziałem takiej listy.

Dlaczego w Strategii, na siłę „wpycha” się rozwiązania, które są związane tylko i wyłącznie z przemysłem farmaceutycznym? Dlaczego nawet jednego słowa nie poświęca się substancjom NATURALNYM.
Dlaczego? Napisałem już wcześniej – bo nie da się ich opatentować. Dlaczego działanie tak prostej substancji, w przypadku nowotworów, jaką jest witamina C, naturalna i zupełnie nieszkodliwa, jest UKRYWANE przed społeczeństwem. Brak badań klinicznych? Badań czego? Środka odżywczego, jakim jest witamina C?
Dlaczego tak uparcie nie zwraca się uwagi na to, że podawanie witaminy C z chemioterapią ma znacznie lepszą skuteczność niż podawanie samej chemioterapii, co zostało już wielokrotnie potwierdzone (witamina C nie jest z resztą jedyną taką substancją)? Czy dlatego, że wtedy środka chemioterapeutycznego potrzeba byłoby mniej?

Dlaczego tak uparcie odrzuca się technikę podawania środków chemioterapeutycznych, gdzie takiego środka potrzeba zaledwie 10 do 20%?
Dlaczego się tego nie stosuje, skoro w tym przypadku, skutek terapeutyczny jest taki sam, a skutków ubocznych tak zastosowanej chemioterapii praktycznie nie ma? Tak… firma farmaceutyczna, która dany środek sprzedaje, sprzedawałaby go mniej, ale pacjent by na tym zyskał! Czy tylko pacjent?
Przecież, bardzo niewydolny już system ochrony zdrowia w Polsce, ponosi ogromne koszty leczenia pacjenta onkologicznego, lecząc skutki uboczne wywołane „leczeniem” chemio czy radioterapeutycznym! 

Dlaczego ukrywa się przed nami informacje np. o berberynie, która niszczy silniej niż jakakolwiek chemioterapia wiele typów nowotworów? Jej toksyczność dla tkanek zdrowych jest na poziomie AŻ kilku gramów na kg masy ciała. Czyli, potrzeba jej bardzo dużo, żeby stała się toksyczna dla zdrowiej komórki. O co w tym wszystkim chodzi? Dość ironiczne jest to, że przed wieloma szpitalami onkologicznymi spotykamy pięknie przycięte krzewy berberysu, a pacjentom podaję się trucizny, które mają leczyć.

Jaka jest skuteczność radio czy chemioterapii? Fatalna. Dlaczego więc w Strategii jest mowa tylko i wyłącznie o chemioterapii i radioterapii? Zabieg chirurgiczny to już inna sprawa.

Co z proponowanymi w Strategii szczepionkami? Jak określa się skuteczność szczepionki? Jakim badaniom podlegają? Szczepionka nie jest lekiem, a więc nie podlega badaniom klinicznym! 
Czy wiemy jak przygotowuje się szczepionki? Jeśli ktoś by się temu bliżej przyjrzał, to natychmiast mu odejdzie ochota na ich stosowanie. Wystarczy popatrzeć chociażby na :



Czy szczepionki żywe, uzyskane na materiale zwierzęcym, bada się na zawartość komórek nowotworowych lub bakterii wewnątrzkomórkowych? Czy WSZYSCY, którzy się szczepią to wiedzą? Wiedzą czym ryzykują? Skuteczność szczepionki określa się tylko na podstawie tego, czy wytworzy w organizmie przeciwciała. Jeśli wytworzy przeciwciała, to już się twierdzi, że jest skuteczna – co za gigantyczna bzdura!

Twórcy Strategii bardzo promują zastosowanie, już u kilkunastoletnich dziewczynek, szczepionki przeciw wirusowi HPV w celu zapobiegania nowotworom szyjki macicy.
Jednakże, istnieje ponad 100 rodzajów tego wirusa, gdzie tylko 15 rodzajów ma jakiś wpływ na powstanie nowotworów, a szczepionki działają tylko w przypadku DWÓCH rodzajów. Dlaczego, tego się nie mówi rodzicom ZANIM podejmą decyzje o zaszczepieniu swojej córki? 
Przy czym, nikt nie wie czy te szczepionki będą miały jakikolwiek skutek, kiedy dziewczynki te, osiągną wiek 30-40 lat, czyli czas, kiedy tego typu nowotwory zaczynają powstawać.
Nie wspominam tutaj już o fatalnych skutkach ubocznych czy przypadkach śmiertelnych, jakie wystąpiły po podaniu takich szczepionek.

W dokumencie Strategii jej autorzy piszą : 

[…] Obecnie nie istnieje system ewidencjonowania szczepień przeciw HPV w Polsce i w efekcie nie ma możliwości obiektywnej oceny zdrowotnych skutków prowadzonych działań[…]

Jeszcze nie wiadomo czy szczepionka w ogóle będzie działać, nie wiadomo czy akurat będzie skuteczna w przypadku konkretnego rodzaju wirusa, a już się mówi o „zdrowotnych skutkach” – jest to wróżenie z fusów.

Dalej czytamy :

[…] Ewidencja szczepień przeciw HPV, stanowiąca element kompleksowego programu szczepień ochronnych stanowiłaby istotny krok w ocenie ich skuteczności, a tym samym korzyści z realizowanego działania[…]

Innymi słowy… najpierw podajmy szczepionkę, chociaż kompletnie nie wiemy jak będzie działać, a potem „oceńmy jej skuteczność” ! Hmm… coś tu jest nie tak, bo :

Jeśli wprowadzany jest do obrotu JAKIKOLWIEK lek, to najpierw, czasami przez całe lata, prowadzone są niezwykle rygorystyczne badania kliniczne, na podstawie których ocenia się jego SKUTECZNOŚĆ i BEZPIECZEŃSTWO. Dopiero potem, po latach badań, pozwala się go stosować u ludzi chorych.
W przypadku szczepionek jednak, sugeruje się nam odwrotnie : najpierw podajmy dzieciom szczepionkę, a potem, za kilka lat, bez jakichkolwiek badań klinicznych, podwójnie ślepych, z grupą kontrolną itd… oceniajmy jej skuteczność!
A co z oceną skutków ubocznych? ANI SŁOWA. Czyli, bez żadnej kontroli, na ślepo, podajmy dziecku do organizmu wirus wyhodowany na tkance żywego organizmu zwierzęcego i… zaczekajmy co będzie.
A jeśli ktoś pokusił się o obejrzenie wyżej wspomnianego filmu dokumentalnego o tym JAK przygotowywane są szczepionki, to sam sobie wyrobi na to wszystko pogląd. Ja tylko, jak zawsze, informuję.

Mało tego… jeśli wystąpią u dziecka skutki uboczne, jak np. paraliż, ślepota czy nawet zgon, to krótko mówiąc, rodzice dziecka mogą sobie pisać „na Berdyczów”, bo ani firma farmaceutyczna, ani lekarz, który szczepionkę zarekomendował i podał nie biorą żadnej odpowiedzialności. Jeszcze raz powtarzam, ja nikogo nie straszę, zaledwie informuję o faktach, których nam się nie przekazuje.
Każdy podejmuje decyzję sam, ale dobrze jest przynajmniej coś na ten temat wiedzieć, żeby taką czy inną decyzję podjąć.
Jeśli rodzice, zapoznają się ze wszystkimi „za i przeciw” i zdecydują swoją nastoletnią córkę zaszczepić, to jest to ich wybór, do którego ma prawo. Natomiast, nieprzekazanie WSZYSTKICH informacji rodzicom dziecka ZANIM taką decyzję podejmą powinno być karalne, a nie jest.
I to jest problem, ponieważ pozwala to łatwo manipulować lekarzami jak i pacjentami. 

Idąc dalej… gołym okiem widać, że twórcom Strategii zależy tylko i wyłącznie na stosowaniu środków chemioterapeutycznych i radioterapii, a to przecież nie usuwa PRZYCZYNY nowotworów. To właśnie skutki uboczne stosowanego „leczenia” często zabijają pacjenta, a nie nowotwór, na który choruje. To „wpychanie” środków chemioterapeutycznych przybiera rozmiary gigantyczne, a czasami wręcz kuriozalne.

Przychodzi do mnie mężczyzna z zaledwie PODEJRZENIEM raka prostaty. Mówi, że był u onkologa, który zalecił mu chemioterapię PROFLIAKTYCZNIE! Nie mogłem w to uwierzyć. Chemioterapia profilaktycznie? Dokument zaproponowanej Strategii wskazuje na działania profilaktyczne, jakim jest np.zdrowe odżywianie się.
Czy w takim razie, po spożyciu zdrowego śniadania, mamy sobie podać wlew chemioterapeutyczny? Tak… profilaktycznie?

Mężczyzna ten widział, że nie za bardzo chce mi się w jego słowa wierzyć. Pokazał mi więc formalne skierowanie z podpisem tego lekarza. Rzeczywiście… wlewy chemioterapeutyczne jako PROFILAKTYKA! Tak, na dokumencie był podpis tego lekarza. No i jak to ocenicie drodzy Czytelnicy?
Każdy mężczyzna po skończeniu 55-60 lat jest zagrożony powstaniem raka prostaty.
Z tego co wiedziałem, ten (z odpowiednim tytułem) lekarz też mieścił się w tej kategorii wiekowej. Czy sam brał chemioterapie ot..! tak tylko … profilaktycznie, bo przecież jest jej wielkim orędownikiem? Pewnie nie brał, ale… innym mężczyznom zalecał! Chemię podawać na lewo i prawo! Czy ktoś może nabrał podejrzeń dlaczego pan doktor tak bezmyślnie (a może wcale nie-bezmyślnie?) szafuje ludzkim zdrowiem zalecając chemioterapie jako profilaktykę? Czy ktoś z Czytelników zgodziłby się, żeby taki ktoś decydował jak leczyć raka? Nie? A może jest on jednym z twórców Strategii, która ma polskie społeczeństwo chronić przed rakiem?

Niestety, czarny scenariusz się spełnia. Wygląda na to, że Rząd RP przyjmie „Strategię Walki z rakiem w Polsce w latach 2015-2024”. Oznacza to, że w Polsce, nie podejmie się najlepszych z możliwych działań profilaktycznych, które mogłyby zapobiec wzrostowi zachorowalności na nowotwory.

Nie będziemy mieli Strategii rządowej, która w najlepszy z możliwych sposobów mogłaby ustrzec nas, nasze dzieci i wnuki przed zwiększonym ryzykiem zachorowania na nowotwór.

Skomentowałem to w Niezależnej Telewizji, która jest prowadzona przez red. Janusza Zagórskiego :


Proponowana Strategia, oznacza, że NIC SIĘ NIE ZMIENI, co w świetle tego, że nowotworów jest coraz więcej, a będzie jeszcze więcej, dla wielu z nas oznaczać może w przyszłości prawdziwą katastrofę.

Zaproponowana naszemu Rządowi Strategia walki z rakiem jest MERYTORYCZNYM BUBLEM, ponieważ nie uwzględnia wielu, naukowo potwierdzonych faktów, szczególnie dotyczących ZAPOBIEGANIU tej chorobie. 

Ostatnio opublikowane badania socjologiczne wskazują, że Polacy najwyżej cenią sobie … ZDROWIE. Mam co do tego pewne wątpliwości, jeśli by tak było, to petycję naszą podpisać powinno co najmniej 1 000 000 Polaków! Czyżby tylko 3 000 osób było zainteresowanych tym, żeby nie zachorować na raka? Trudno w to uwierzyć. Czy może sami jesteśmy takimi hipokrytami? Przecież w tym przypadku, chodzi o chorobę w zbyt wielu przypadkach bezlitosną, śmiertelną.

Petycję uwolnienia jednej z kobiet w Afryce podpisało ponad 310 000 Polaków, petycję dotyczącą ochrony Polaków przed nowotworami podpisało nieco ponad 3 000 Polaków, z Afryki nie wpisał się nikt, żeby nam, Polakom w tym pomóc, wesprzeć nas, ale to już temat dla socjologów. 

Czy naprawdę bardziej dbamy o uwolnienie jednej kobiety w Afryce (co było aktem niezwykle humanitarnym i niezwykle dobrze świadczącym o naszej nacji) niż o zdrowie nasze, naszych dzieci i wnuków. Czy nie pomieszały się nam priorytety?
Czy naprawdę nam, jako społeczeństwu, nie zależy jednak na zdrowiu? Czy naprawdę jesteśmy tak leniwi, żeby coś dla siebie zrobić w tym względzie?

Owszem, sprawa uwolnienia Afrykanki była bardzo nagłaśniana przez media, a nasza petycja? Wysłałem zawiadomienia do wszystkich partii politycznych w Polsce, organizacji pozarządowych, stowarzyszeń typu „Amazonki”, do gabinetów Prezydenta, Premiera i Ministra Zdrowia, do Komisji Zdrowia w naszym Parlamencie, do Polonii na całym świecie, organizacji społecznych, osób prywatnych itd… Zawiadomienia do swoich kontaktów wysyłało jeszcze kilka współpracujących osób.
Oczywiście zawiadomienie o naszej petycji i Komentarzach wysłałem też do polskich mediów: stacji radiowych, stacji telewizyjnych, gazet i magazynów. ZERO ODPOWIEDZI. Głowy w piasek, tematu nie ma! Dlaczego?

Media, w wielu przypadkach, dużą część swoich dochodów, otrzymują z firm farmaceutycznych za reklamy ich leków.
Redaktor naczelny stacji radiowej, telewizyjnej, wydawca publikacji elektronicznej, czy nieelektronicznej, publikując artykuł krytykujący przemysł farmaceutyczny i jego czasami skandaliczne poczynania musi się liczyć z reperkusjami. Takie są niby „wolne media”.
Stąd właśnie, w tego typu mediach, trudno jest doczytać się prawdy, bo uzależnienie od przemysłu farmaceutycznego powoduje, że publikowanie prawdy w tych tematach się nie opłaci.

Często więc, pisuję do miesięcznika o wdzięcznej nazwie „Szaman”, jego właścicielka i Redaktor Naczelna Pani Nina Grella jest zagorzałą propagatorką, zdrowego życia i prawdy o medycynie. Nie znalazła się ona w okowach przemysłu farmaceutycznego, tam mogę pisać prawdę i …piszę. A jeśli ktoś mi zarzuci, że jest to reklama tego miesięcznika, to odpowiem : TAK, bo wspieram odważnych, prawdomównych redaktorów, którzy mają silny kręgosłup moralny. Jednym z nich jest też, wcześniej wspomniany, Janusz Zagórski, właściciel portalu niezaleznatelewizja.pl gdzie również przedstawiane są informacje dla wielu „niewygodne”, moje wystąpienia też tam są np. :


Nasze Komentarze zawierały 31 rekomendacji (nie chcę ich wszystkich tutaj opisywać, ale tak jak wspomniałem, można je sobie przeczytać na w/w stronach internetowych). Nie uwzględniono nawet jednej z nich. Jedną z rekomendacji, była propozycja wprowadzenia sugerowanych przez nas korekt do Strategii w JEDNYM tylko województwie, tam gdzie statystycznie jest najwięcej zachorowań.
No więc… czego się bać? Chyba jest czego, bo co by było, gdyby się okazało, że mieliśmy rację? A uważny Czytelnik tej książki już wie, że tak by było. Komu by to nadepnęło na przysłowiowy odcisk. Ktoś by stracił, ale… ludzie, Polacy, byliby zdrowsi. Przecież nikomu by to nie przeszkadzało. 
Strategia rządowa nie może powielać tego, co od dawna wiadomo, że nie przynosi wymaganego obniżenia zachorowalności na choroby nowotworowe w żadnym kraju, który ją zastosował.
Treść dokumentu Strategii sprawia wrażenie, że osoby odpowiedzialne za wprowadzanie skutecznych metod walki z rakiem zamknęły się w „kokonie” i nie widzą świata poza nim i z maniakalną upartością chcą stosować znane od lat metody, które się zupełnie nie sprawdziły oczekując, że : „teraz to się zmieni”, a przecież Albert Einstein powiedział :
„Szaleństwem jest wciąż robić to samo i oczekiwać różnych rezultatów” Trudno się z tym nie zgodzić, bo jest to oczywista oczywistość.

Przed polską medycyną pojawia się w tej chwili niezwykła okazja. Zamiast bezmyślnie kopiować rozwiązania, które się nie sprawdziły, przy okazji tworzenia Strategii walki z nowotworem można byłoby stworzyć coś, co byłoby rozwiązaniem unikatowym w skali świata. Wystarczyłoby tylko połączyć osiągnięcia medycyny akademickiej z medycyna naturalną. Tylko czy tą okazję wykorzystamy? 
Często słyszy się głosy, że lecząc pacjenta należy podchodzić do niego „holistycznie”, czyli całościowo, trzeba uwzględniać jego cały organizm, psychikę, a nie tylko jego poszczególne organy, jako oddzielne elementy. Wielka to prawda. Ostatnio jednak, jeden z publicznie występujących onkologów dokonał niezwykle karkołomnego zabiegu nad znaczeniem słowa – holistycznie.
Stwierdził on bowiem, że od tej pory onkologia, będzie podchodzić do pacjenta z nowotworem holistycznie, to znaczy, będzie się mu stosować leczenie chemioterapeutyczne, radioterapeutyczne i chirurgiczne RAZEM! 

Czy teraz drodzy Czytelnicy płaczecie, śmiejecie się, czy pozostajecie w zadumie nad głupotą tego „tfurcy” nowego znaczenia słowa „holistycznie” ?
Jest takie przysłowie : „ jak trwoga to do Boga”. W przypadku nowotworu, Bóg może pomóc tylko tym, którzy tego chcą, ale… zazwyczaj chcą tego za późno.
Dlatego nie ustaję w moich wysiłkach, propagowania wiedzy o prostych metodach zapobiegania chorobie nowotworowej i jej leczeniu, ale także w mówieniu prawdy na temat choroby nowotworowej, chorób przewlekłych, tych niby nieuleczalnych, uświadamianiu społeczeństwu, że wspólnie możemy wywrzeć presję, której efektem byłaby korekta zaproponowanej naszemu Rządowi Strategii.
Po zastosowaniu zaproponowanej korekty, opisanej jako „Komentarze do Strategii” Polacy byliby zdrowsi, zmniejszy się zachorowalność nie tylko na raka, ale też na inne choroby przewlekłe. Czy jest w tym coś złego?

Problem jest w tym, że dopóki nas coś porządnie nie zaboli, jesteśmy na ogół zbyt leniwi, żeby cokolwiek zrobić. Oprócz dopisania się do petycji, powinniśmy skorzystać z wybrańców naszego narodu, jakim są posłowie do Parlamentu. Oni właśnie są po to, żeby reprezentować interesy każdego z nas, po to ich wybraliśmy!
Kto z Czytelników zada(ł) sobie trud, żeby do ich biur poselskich, za które płacimy, pójść i w sposób ZDECYDOWANY żądać przedstawienia tej sprawy, wyjaśnień, reakcji? No kto? Wiem, trzeba poświęcić trochę czasu, a my na ogół jesteśmy zbyt leniwi… Jednakże, kiedy postawi się nam diagnozę – rak, jesteśmy przygotowani zrobić wszystko, poświęcić majątek, żeby się ratować, żeby żyć, a w przypadku takiej diagnozy dotyczącej dziecka, rodzice czasami poświęciliby sami siebie! 

No więc, myślmy o tym z wyprzedzeniem, ZRÓBMY COŚ dla siebie i potomnych. Ja sam nie dam rady.

Popularne artykuły