sobota, 19 listopada 2016

PRZEPOWIEDNIA (Rozdział 1)



PROLOG

Rzym rok 1227
            Dzień 18 marca Anno Domino 1227 był tragiczny dla chrześcijańskiego świata. To właśnie tego dnia po ponad dziesięciu latach pontyfikatu zmarł papież Honoriusz III. Rzym pogrążył się w żałobie, a Niebiosa się otwarły przyjmując go do Raju. Niektórzy plotkowali w karczmach i na ulicach, że duszę Honoriusza przy wejściu do Raju witał osobiście święty Piotr. Jeszcze inni nawet się nie przejęli śmiercią papieża. Byli też tacy, którzy ucieszyli się na wieść o jego śmierci.
            Bardzo szybko, bo już 19 marca 1227 r. wybrano kolejnego przywódcę Kościoła katolickiego, który przyjął imię Grzegorz IX. Nowy Ojciec Święty okazał się być doskonałym dyplomatą, który ma ogromną wiedzę i nie boi się walczyć za pomocą miecza. Tak, był to papież wojownik, zwolennik wypraw krzyżowych i nawracania pogan nie tylko słowem, ale też siłą. Krótko po swoim wyborze na następcę św. Piotra, jeszcze w 1227 r. odważył się nałożyć klątwę na cesarza niemieckiego Fryderyka II za to, że nie ruszył na krucjatę, za to, że bał się iść na wojnę z poganami.

           
Rzym, noc z 19 na 20 marca 1227:
        Zbliżała się północ. Mężczyzna w białych szatach siedział przy swoim biurku i był pogrążony w rozmyślaniach. Kilkanaście godzin temu został wybrany na papieża. Siedział i powoli uświadamiał sobie jak wielką odpowiedzialnością go obarczono. Był też coraz bardziej świadomy ogromnej władzy, którą zyskał. Po jego stronie stał Bóg ze swymi aniołami, co pozwalało mu uważać się za najpotężniejszego człowieka na świecie, za pierwszego po Bogu! Był zmotywowany do walki ze złem, a przynajmniej tak sobie wmawiał, że chce toczyć boje ze wszystkimi wrogami Chrystusa i Jego Kościoła. Marzył o odzyskaniu Ziemi Świętej oraz nawróceniu na prawdziwą chrystusową wiarę pogan z północnej Europy, czyli przeklętych Prusów, Jaćwingów i Litwinów.
            Grzegorz IX miał właśnie wezwać swych służących żeby dorzucili drew do kominka i przebrali go w szaty nocne, kiedy niespodziewanie usłyszał pukanie do drzwi swej komnaty.
            - Wejdź – odrzekł stanowczym głosem cały czas siedząc przy biurku plecami do drzwi. Od jakiegoś czasu trzymał w ręce gęsie pióro nad kartką z pergaminu, chciał coś zapisać jednak niespodziewany gość mu to uniemożliwił… Odłożył ptasie pióro z powrotem do kałamarza i spojrzał za siebie.

            Wykonane z dębowego drewna, wzmacniane metalowymi ćwiekami drzwi otwarły się. Tajemniczy mężczyzna wszedł do środka pewnym krokiem.
            - Kim jesteś? – Zapytał odwracając głowę i patrząc z lekkim zaskoczeniem na nieznajomego, który właśnie wszedł na wykonany z kocich futer dywan i klęknął na jedno kolano oddając w ten sposób należny szacunek przywódcy Kościoła katolickiego.  
            - Jestem twym pokornym sługą Ojcze Święty – odrzekł nieznajomy odziany w prostą czarną szatę z kapturem, który zakrywał jego twarz. Nie miał na sobie żadnego herbu, żadnych znaków tylko zwykły drewniany krzyż na szyi.
            - Moim sługą, powiadasz… Nie jesteś żadnym ze znanych mi duchownych, nie należysz do mojej służby, pierwszy raz widzę cię na oczy. Podaj mi jeden powód, który powstrzyma mnie przed wezwaniem straży i wyrzuceniem cię stąd.
            - Podam ci wiele powodów – mówił cały czas klęcząc z głową spuszczoną w dół – o naszym istnieniu wie tylko urzędujący papież, jest nas wielu, jesteśmy oddani bezgranicznie każdemu z następców św. Piotra, zawsze stoimy w cieniu i robimy to, czego Ojciec Święty zrobić nie może.
            - Jesteście moimi szpiegami? Do tej pory nie wiedziałem o waszym istnieniu – powiedział z lekkim zdziwieniem papież.
            - Jesteśmy nie tylko szpiegami. Każdy nowo wybrany Ojciec Święty dowiaduje się o naszym istnieniu pierwszej nocy swego pontyfikatu – odparł uniżenie tajemniczy klęczący mężczyzna.
            Na zewnątrz właśnie zaczęło padać i grzmieć. Po chwili rozpętała się prawdziwa ulewa.
            - Jest już późno, jeśli to wszystko, co chciałeś mi powiedzieć to teraz wyjdź i pozwól mi odpocząć – odparł zmęczonym głosem Ojciec Święty.
            - Wybacz ekscelencjo, ale zanim udasz się na spoczynek powinieneś poznać największy z sekretów Państwa Kościelnego. Musisz ujrzeć to, co znajduje się w podziemiach tego pałacu.
            - O czym ty mówisz! – Odparł papież z irytacją - Wiem o tajnym archiwum umieszczonym w naszych watykańskich piwnicach! Mam świadomość istnienia apokryfów i ksiąg zakazanych, wiem nawet o kopii magicznej włóczni św. Maurycego ukrytej w podziemiach – powiedział zirytowanym głosem papież i kazał odejść swemu szpiegowi.
            - A wie Ojciec Święty cokolwiek o Włóczni Lucjana?
            Papież nagle otworzył szerzej oczy, wstał z krzesła i podszedł do klęczącego mężczyzny.
            - Łżesz! Włócznia Lucjana nie istnieje! To tylko legenda!
            - Ojcze Święty jest wiele legend i bajek, które opowiada się prostaczkom. Są też bardziej wyszukane historie, które opowiada się biskupom, kardynałom i uczonym. Ty jednak musisz poznać prawdę, której my twoi wierni słudzy strzeżemy. Musisz się dowiedzieć co jest faktem, a co tylko legendą lub mitem. Nalegam Ojcze Święty abyś poszedł ze mną, musisz poznać wszystkie sekrety, które znał twój poprzednik – spokój, uniżenie i pewna tajemnicza aura, jaką roztaczał nad sobą rozmówca sprawiły, że nowy papież dał się przekonać.

            Grzegorz IX szedł pewnym krokiem za mężczyzną w czarnej szacie, który w lewej ręce trzymał pochodnię oświetlając drogę. Zdziwiło go to, że na krętych schodach prowadzących do piwnic nie spotkali ani jednego wartownika. W piwnicach szpieg podszedł do świecznika na ścianie i pociągnął go w dół. Otworzyło się tajne przejście, o którego istnieniu papież wiedział już od dawna, dlatego się nie był zaskoczony, miał raczej znudzoną minę.
            - Wszyscy kardynałowie wiedzą o tym przejściu prowadzącym do sekretnych archiwów i skarbca. Mam nadzieję, że to nie to chciałeś mi pokazać – powiedział znudzonym głosem.
            Mężczyzna w czerni się nie odzywał. Sekretne archiwa znajdowały się kilkanaście metrów pod piwnicą. Grzegorz IX, jeszcze jako kardynał lubił tu przychodzić i czytać starożytne papirusy z ewangeliami, które nie znalazły się w Piśmie Świętym. Ewangelie napisane podobno przez Judasza, Jezusa i Maryję oraz Marię Magdalenę, apokalipsa Zacheusza, który dostąpił objawienia to tylko niektóre z tajemniczych pism ukrytych tu przed światem. W archiwach znajdowały się też pisma magiczne takie jak „ZbiórZaklęć Merseburskich” oraz Lemegeton”, czyli magiczna księga napisana przez króla Salomona.
            Obaj mijali dziesiątki pomieszczeń z papirusami i manuskryptami, a na samym końcu przeszli obok potężnych drzwi skarbca, w którym znajdowały zapasy złota zgromadzone przez Kościół. W końcu dotarli do małego regału z księgami. Szpieg podszedł do niego i wyjął dwie książki z półki położonej na wysokości jego oczu. Następnie włożył rękę w dziurę po książkach. Papież obserwował jego dziwne zachowanie, aż po chwili usłyszał pstryknięcie. Nie miał pojęcia, że za regałem znajduje się dźwignia.

            Ojciec Święty z wytrzeszczonymi oczami patrzył jak regał się przesuwa odsłaniając wiszący na ścianie wiekowy wypłowiały gobelin, na którym widniała postać wojownika, uzbrojonego we włócznię i walczącego z potworem. Papież na początku myślał, ze to św. Jerzy walczący ze smokiem, szybko jednak zauważył, że bestia nie jest podobna do smoka. Potwór był większy od wojownika, miał duże czarne skrzydła, rogi oraz ręce i nogi jak u ludzi.
            - Kto to jest? – Zapytał niepewnym głosem.
            - Ojcze Święty to jest ten, kto dał początek naszemu istnieniu, on nas stworzył abyśmy z ukrycia wspierali Kościół. Jego imię brzmiało Kasjusz, był rzymskim legionistą, który… - nie mógł dokończyć, bo następca świętego Piotra wszedł mu w słowo.
            - …który swoją włócznią przebił bok wiszącego na krzyżu Chrystusa. Znam tę legendę.
            - To nie jest legenda Ojcze Święty. Kasjusz po przebiciu boku Chrystusa się nawrócił, porzucił wiarę w pogańskich rzymskich bogów. Na chrzcie przyjął imiona Longin i Lucjan używając ich zamiennie. Powodem nawrócenia była jego włócznia, której ostrze zanurzyło się w krwi Mesjasza. Okazało się, że dzięki krwi zyskała ona moc uzdrawiania ludzi.
            - To tylko legendy – znowu wszedł mu w słowo Ojciec Święty.
- Nawet w legendach nie zachowały się informacje o tym, że Kasjusz miał żonę i córkę, obie były chore na trąd i zostały uzdrowione dzięki włóczni. Ich uzdrowienie spowodowało przemianę w sercu rzymskiego legionisty, który porzucił starych bogów i dał się ochrzcić. Z czasem Lucjan odkrył, że włócznia potrafi nie tylko uzdrawiać ludzi ze wszystkich chorób. Odkrył, że ma ona moc… - mężczyzna przerwał nagle swój wykład i złapał za wiszący na ścianie gobelin odsłaniając wzmacniane żelazem drzwi – zresztą sam papież się przekona jak zejdziemy na dół – dodał uderzając kołatką w kształcie głowy gargulca w drzwi.

Papież ponownie zrobił zaskoczoną minę, myślał, że to już wszystko. Szpieg złapał za wiszącą na drzwiach kołatkę w kształcie głowy jakiegoś stwora, którego papież nie potrafił zidentyfikować. Zapukał trzy razy. Masywne dębowe drzwi po chwili się otworzyły i stanęło w nich dwóch kolejnych mężczyzn ubranych tak samo, czyli w proste czarne szaty z kapturem i z drewnianymi krzyżami na szyjach.
- Więc jest was więcej? – Zapytał następca św. Piotra.
- Jest nas wielu i wszyscy oddamy za ciebie życie Ojcze Święty. Proszę udaj się z nami i poznaj całą prawdę.
Szli dość długo w dół krętymi schodami. Na ścianie, co kilka metrów wisiały pochodnie oświetlające ciemności. Im niżej schodzili, tym bardziej niepokojące dźwięki dochodziły do uszu papieża, szlochy, szyderczy śmiech, krzyki, płacz, odgłosy cierpienia i ciągłej agonni…
- Na Boga co tu się dzieje? Dlaczego mój Kościół skrywa coś takiego głęboko pod ziemią? – Zastanawiał się w myślach.
W końcu dotarli do korytarza, szli mijając zakratowane cele po obu stronach.
- Dlaczego tu są lochy, o których nie miałem pojęcia? Kogo w nich torturujecie? – Żądam wyjaśnień powiedział papież stanowczym głosem.
- Ojcze Święty to dopiero pierwszy poziom. Niedługo zejdziemy jeszcze niżej. Łącznie mamy tu pięć poziomów położonych jeden pod drugim, a na tym trzymamy najmniej groźnych więźniów.
- Kim oni są? – Zapytał następca św. Piotra.
- Czyż to nie oczywiste? To wrogowie Kościoła, przeciwnicy naszej prawdziwej wiary, wrogowie Chrystusa. Większość więźniów na tym poziomie to ludzie, byli członkowie sekt przyzywających demony, czarnoksiężnicy i czarownice.
- Mówisz, że większość to ludzie? Nie rozumiem, więc kim są pozostali? – Dopytywał zdziwiony Grzegorz IX
- Na tym poziomie poza ludźmi jest jeszcze kilka słabych sukkubów – wyjaśnił jeden z zakapturzonych mężczyzn.
- Na niższych poziomach trzymamy potężniejsze demony, wampiry, strzygi, wilkołaki, upiory i wszystkie pozostałe plugastwa, których nie sposób wszystkich wymienić – dopowiedział kolejny z trzech papieskich szpiegów.
 - Wszyscy ludzie i demony tu więzione nie mają prawa chodzić po świecie i żyć między ludźmi.
Papież już więcej o nic nie pytał. W pewnym momencie zatrzymał się przy drzwiach jednego z lochów. Nie dochodziły z niego żadne dźwięki, więc w pierwszej chwili pomyślał, że cela jest pusta. Podszedł bliżej do zakratowanego okienka w drzwiach i zajrzał do środka. Widział podłogę i ściany wykonane z kamienia, zwisające kajdany, rowek do załatwiania potrzeb fizjologicznych i to wszystko. Cela była ciemna, pusta, zimna, straszna, wydobywał się z niej straszny smród…
- W tej celi nikogo nie ma – powiedział dość głośno sam do siebie. Trzej mężczyźni idący z przodu dopiero teraz spostrzegli się, że Ojciec Święty nie idzie za nimi. Kiedy zauważyli gdzie stoli krzyknęli żeby się odsunął.
Wszystko działo się bardzo szybko. Więzień pojawił się znikąd i w mgnieniu oka wysunął rękę między kratami łapiąc papieża za szyję. Jego pazury wbiły się w skórę zaskoczonej ofiary.
- Otwórz celę klecho! Kres twej wiary jest już bliski! – Jej ciało było jakby wysuszone, jak u umierającej wychudzonej staruszki. Była bardzo osłabiona, dlatego nie dała rady zadać śmiertelnego ciosu. Trzej mężczyźni w czarnych szatach szybko sięgnęli po swe sztylety przypięte do pasów i zaczęli ją dźgać w rękę, która trzymała za szyję Grzegorza IX. Więźniarka w końcu puściła, ostrza moczonych w wodzie święconej sztyletów zadawały jej zbyt duży ból.
Papież trzymał się za szyję, a jeden z mężczyzn polał jego rany wodą święconą, którą miał we flakoniku przy pasie. Rany zaczęły syczeć, czuł przez chwilę duży ból, a potem ogromną ulgę. Natychmiast zabandażowali ranę.
- To tylko zadrapania. Musisz być ostrożniejszy Ojcze Święty. W tym przypadku szczęśliwie trafiłeś na wysuszonego sukkuba, który siedzi tu ponad dwieście lat. On jest słaby, ale na drugim poziomie i niżej więźniowie są o wiele groźniejsi.
- Dlaczego mówisz „on”? Przecież to była kobieta, staruszka z dużymi pazurami – zapytał ze zdziwieniem.
- Ojcze Święty niech cię oczy nie zwodzą. To nie kobieta tylko demon zwany sukkubem.
- Sukkubem? Po raz pierwszy słyszę tę nazwę.
- Sukkuby karmią się doznaniami cielesnymi. Ich ofiarami są mężczyźni i kobiety, które uwodzą i wykorzystują seksualnie. Im więcej seksu i rozkoszy, tym silniejszy, młodszy i piękniejszy jest sukkub. Są nieśmiertelne, a nakarmione wyglądają jak piękne i młode ludzkie kobiety.
- Więc seks jest dla nich tym, czym dla ludzi jest pokarm? - Papież nie krył zaskoczenia.
- Gdyby udało jej się uciec z tej celi i nakarmić jakimś mężczyzną to by szybko stała się piękna i silna – wyjaśnił zakapturzony mężczyzna.

Po kilkunastu minutach zeszli na drugi poziom, który wyglądał tak samo. Kamienny korytarz z celami po obu stronach. Między drzwiami w metalowych uchwytach na ścianie były zatknięte pochodnie. Potem udali się niżej na kolejne poziomy. Wszędzie Grzegorz IX zastawał ten sam widok oraz słyszał te same wymieszane dźwięki jęków, płaczu, śmiechu albo błagania. W niektórych ciemnych celach dostrzegał tylko czerwone lub żółte oczy wpatrujące się w niego przez kraty.
Im niżej schodzili tym więcej spotykali mężczyzn w czarnych szatach z drewnianymi krzyżami na szyjach, wszyscy wyglądali tak samo, tworzyli jakiś Zakon o istnieniu, którego Grzegorz IX aż do dziś nie miał pojęcia.
W końcu dotarli na sam dół. Najniższy poziom wyglądał zupełnie inaczej. Była to ogromna sala o owalnym kształcie, w której stało kilkudziesięciu mężczyzn w czerni, wszyscy mieli założone kaptury zasłaniające ich rysy twarzy. To było niesamowite miejsce. Byli głęboko pod ziemią, a mimo tego sala była doskonale oświetlona przez dziesiątki wiszących pochodni i świec. Na podłodze i ścianach znajdowały się namalowane czerwonym kolorem pentagramy i pentakle. Papież dostrzegł też pismo runiczne. Najbardziej tajemnicze były ogromne drzwi, wręcz wrota umieszczone po drugiej stronie pomieszczenia wysokiego na ponad dwa piętra. Wszyscy mężczyźni przyklękli na jedno kolano widząc Ojca Świętego.
- Co znajduje się za tymi wrotami? – Zapytał z ciekawością.
- To więzienie Ojcze Święty.
- Kto jest tam uwięziony? Otwórzcie te wrota i pokażcie mi!
            Zakapturzeni mężczyźni spojrzeli na siebie, dwóch z nich podeszło, aby przesunąć potężne stalowe zasuwy i otworzyć ogromne zbrojone wrota.        
            - Od ponad dziesięciu lat ich nie dotykano. Do dnia dzisiejszego mam koszmary, żałuję, że wówczas to ujrzałem – powiedział mężczyzna, który przyprowadził tu Ojca Świętego.
            - Dobry Boże, Maryjo i wszyscy święci - powiedział Grzegorz IX robiąc znak krzyża. Niepewnie podszedł bliżej otwartych wrót.
            - Czy to żyje?! Co to jest?! – Pytał z przerażoną miną.
            Ręce tego czegoś wisiały nad głową skute potężnymi łańcuchami, tak samo nogi. Skrzydła również spętane w łańcuchach.  Wyglądał podobnie do potwora na tkaninie, którą prędzej oglądał. Skóra jego ciała była kolorem podobna do ludzkiej. Z miejsca, w którym człowiek by miał serce sterczała włócznia, wbita głęboko w ciało potwora. Oczy miał zamknięte, a głowę z dwoma skośnymi rogami spuszczoną, wisiał na łańcuchach. Papież najpierw się wystraszył, a potem patrzył z coraz większą ciekawością. Zauważył duże podobieństwa do ludzi. Tajemnicza istota wyglądała na martwą albo nieprzytomną, miała piersi takie jak ludzkie kobiety, ale skórę w tym miejscu pokrywały czarne łuski. Wydaje się, że łuski pokrywające w niektórych miejscach skórę tego stwora spełniały rolę ubrania bądź jakiegoś ochronnego pancerza.
            - Ojcze Święty nie podchodź tak blisko – krzyknął któryś z mężczyzn.
            Papież jednak podszedł i dotknął nogi istoty mającej jakieś trzy metry wzrostu. Od razu stwierdził, że skóra w dotyku przypomina ludzką, ale nie jest lodowata jak u osób martwych, wręcz przeciwnie była przyjemnie ciepła.
            - To coś żyje – powiedział sam do siebie.
            - Tak żyje, ale nie otworzy oczu. Jest zapieczętowane przez Włócznię Przeznaczenia. Kiedy Kasjusz, a potem Lucjan uzdrowił swoich najbliższych odkrył, że włócznia posiada jeszcze inną moc, moc zabijania demonów. Wówczas pojął czego chce od niego Bóg, miał walczyć ze złem, wysyłać z powrotem do Piekła demony przysyłane do naszego świata przez Lucyfera. Tylko tak mógł odkupić swój grzech, miał poświęcić swoje życie walce ze złem, aby Bóg przebaczył mu przebicie boku Zbawiciela i wpuścił jego duszę do Raju. W celu walki z demonami stworzył nasz Zakon, wspomagaliśmy go i chroniliśmy wszystkich następców Lucjana. Ja jestem sto sześćdziesiątym pierwszym z jego następców.
            Papież wysłuchawszy słów mężczyzny spojrzał w stronę serca demonicznej kobiety.
            - Przecież ta włócznia jest wbita w jej serce. Bo to kobieta, prawda? Wyjaśnij mi.
            - Zaiste Ojcze Święty słusznie zauważyłeś. To demonica, jedna z najstraszniejszych. Jej imię Lilith. Ona była pierwszym z wampirów dając początek istnieniu tych krwiopijczych bestii, ona była też pierwszą żoną Adama, a potem jedną z czterech żon Lucyfera.  Potężna, pradawna demonica, z którą stoczył walkę w 325 r. n.e. przywódca naszego Zakonu, czternasty z następców Lucjana. Lilith chciała powstrzymać sobór w Nicei, pragnęła zniszczyć rozwijający się Kościół Chrystusa, ale kosztem wielu istnień została powstrzymana. Włócznia wbita w jej serce ją zapieczętowała i póki tam tkwi Lilith nie może się poruszyć. Musi tak czekać na czasy Sądu Ostatecznego, kiedy Chrystus znowu przybędzie.
            - Dlaczego włócznia nie zadziałała na nią tak jak na inne demony? – Pytanie papieża nie zaskoczyło nikogo, a przynajmniej nikt nie dał po sobie poznać zaskoczenia.
            - Nawet Włócznia Przeznaczenie nie jest w stanie odesłać tych, którzy należą do Najwyższego Zła. Przynajmniej dała radę ją zapieczętować.
            - A co jeśli pojawi się kiedyś inny demon równie potężny jak ona? – Zapytał papież.
            - Niech Bóg ma nas wtedy w swojej opiece – odparł obecny przywódca Zakonu.

            Kiedy Grzegorz IX powrócił do swej komnaty już prawie świtało. Nie mógł zasnąć, cały czas leżał pogrążony w rozmyślaniu. Dopiero teraz, powoli uświadamiał sobie, co oznacza bycie następcą św. Piotra.

***
            Osiem miesięcy, tyle czasu minęło od nocy, która wywróciła jego życie do góry nogami. Kiedy w marcu kardynałowie wybrali go na papieża był bardzo szczęśliwy, miał ambitne plany, które jako papież, dzięki ogromnemu bogactwu Kościoła mógł zrealizować. Wszystko zmieniło się pamiętnej nocy z 19 na 20 marca, kiedy dowiedział się o istnieniu sekretnego Zakonu, który potajemnie walczy z demonami, zabija je lub zamyka w tajnych celach, zbudowanych głęboko pod papieskim pałacem. Tamta noc zmieniła wszystko, nie spodziewał się, że każdy papież musi na swoich barkach dźwigać tak ciężkie brzemię. A najbardziej przerażająca w tym wszystkim była Lilith, demonica więziona na najniższym poziomie tajnego podziemnego więzienia. Ciągle miał ją przed oczyma, miewał koszmary, w których Lilith otwiera oczy, uwalnia się z łańcuchów i niszczy Rzym, zabija biskupów, pali piekielnym ogniem świątynie, doprowadza Kościół do upadku. Fakt, że demony naprawdę istnieją nim wstrząsnął, owszem, jako kardynał wierzył w ich istnienie, ale wiara a oglądanie ich na własne oczy to zupełnie coś innego. 
            Pył pełen podziwu, nikt poza urzędującym papieżem nie miał o niczym pojęcia. Istnienie zakonu oraz lochów było owiane tajemnicą. On jednak, jako papież Grzegorz IX wiedział o wszystkim, i ta wiedza go przygniatała, dławiła, zabierała mu oddech, sprawiała, że często miał koszmary.
            Właśnie leżał spocony w swoim łożu, które z każdej strony zasłaniał wiszący czerwony baldachim. Oczywiście obudził się w środku nocy z powodu kolejnego koszmarnego snu. Na zewnątrz królowała mroźna zima, jednak w jego komnacie temperatura była wysoka, właśnie nasłuchiwał jak za baldachimem jeden za służących wszedł do komnaty żeby dorzucić drew do kominka. Służący bardzo dbali o to żeby papież nie zmarzł w nocy. Już zanim został papieżem był przyzwyczajony do luksusów. Prędzej, jako kardynał też miał swoich służących, którzy o niego dbali, ba każdego ranka pomagali mu się ubrać, a nocą odziewali go do snu. Kardynałowie, biskupi, królowie, cesarze, książęta mieli swoje dwory, służących i żyli w luksusie. Grzegorz IX wiedział, że tak już świat jest urządzony, jednak po zostaniu papieżem zaczął się nad tym wszystkim zastanawiać. Czy życie w takim luksusie nie jest sprzeczne z naukami, które głosił Chrystus?

            Rzym, stolica Państwa Kościelnego, którego przywódcą był papież Grzegorz IX, człowiek stojący ponad cesarzami i królami. Miasto tajemnicze, w którym wiele budynków wzniesiono jeszcze w czasach pogańskich, czasach, w których modlono się do bogów Marsa, Jowisza, Merkurego, Mitry, Neptuna i wielu innych. To niesamowite, że miasto, w którym w czasach starożytnych modlono się do tylu rzymskich bogów i bogiń stało się tak ważne dla wyznawców jednego Boga zwanych chrześcijanami.
            To był zwykły, bardzo mroźny listopadowy poranek Roku Pańskiego 1227. Dach papieskiej Bazyliki, którą zbudował w IV wieku cesarz Konstantyn Wielki był pokryty śniegiem, biały puch przykrył całe miasto, gmach starożytnego Panteonu i Koloseum, wzgórze zwane Kapitolem, wszystko, nawet dachówki i strzechy karczm, gospód, domów publicznych i zakładów rzemieślniczych były białe. Każdy kupiec lub wędrowiec z terenów Polski, Niemiec, Francji nie wspominając o pogańskich Prusach albo Litwinach musiał być pod wrażeniem. Rzym od setek lat, dokładnie od IV wieku naszej ery był okrążony potężnym kamiennym murem. Poza tym bardzo dużo budynków było zbudowanych z kamienia i cegły. Płock, Gdańsk i inne europejskie grody, które w tamtym czasie były okrążone drewnianą palisadą w porównaniu do Rzymu prezentowały się żałośnie.
            Tego ranka papież Grzegorz IX tradycyjnie odprawił mszę świętą, po której udał się na śniadanie. Właśnie siedział na ozdabianym w ornamenty roślinne tronie i jadł w towarzystwie swoich doradców oraz kilku kardynałów. Służba ciągle donosiła im wino oraz różne potrawy.
            - Cesarz niemiecki, Fryderyk II nie chciał iść na wojnę z poganami, więc nałożyłem na niego klątwę. I co? Poskutkowało. Właśnie doszły mnie wieści, że Niemiec zmądrzał i rozpoczął przygotowania do wyprawy krzyżowej – powiedział rozradowany papież i wziął łyk wina.
            - Jesteś bezwzględny, ale skuteczny. Cesarz pewnie by się nie ruszył, gdyby nie strach przed wiecznym potępieniem duszy po śmierci – stwierdził jeden z kardynałów i przyjaciół Ojca Świętego.
            - Ojcze Święty, tak właściwie, to których pogan cesarz ma zamiar zaatakować? Tych Prusów i Litwinów, którzy są blisko niego w Europie, czy może pogan z Ziemi Świętej? – Dopytywał inny z kardynałów.
            - Fryderyk się rozpędził, zbiera swoje rycerstwo i ma zamiar wyruszyć do Ziemi Świętej. Będę się modlił żeby udało mu się odzyskać dla naszego Kościoła Jerozolimę, Nazaret, Betlejem i inne święte miejsca. To o wiele ważniejsze od nawrócenia pogan z Europy, choć nie ukrywam, że Chrystus będzie szczęśliwy dopiero wtedy, kiedy wszystkie ludy na całym świecie będą wierzyły w Jego jedyną i prawdziwą Ewangelię – powiedział papież i obserwował jak wszyscy przy stole kiwają głowami, że się z nim zgadzają.

            W tym samym czasie w stronę Rzymu galopował na gniadej klaczy około dwudziestoletni jeździec odziany w gruby wełniany płaszcz z kapturem zaciągniętym mocno na głowie. Zimowy wiatr rozwiewał poły jego płaszcza, a mroźne powietrze utrudniało oddychanie. Mimo tego nie zwalniał, trzymał stopy w strzemionach i uderzając piętami konia zmuszał go do ciągłego galopu. Kiedy na horyzoncie dostrzegł zarysy wspaniałego miasta na jego twarzy pojawił się uśmiech. Jazda konna zimą nie należała do łatwych, on jednak nie miał wyboru, musiał spełnić swoje obowiązki i dostarczyć pergamin Ojcu Świętemu. Wjechał do Rzymu przez bramę północną, strażnicy widząc jego herb przepuścili go bez problemu. W pałacu papieskim strażnicy dokładnie go przeszukali i zabrali miecz oraz sztylet, wszak przed obliczem Ojca Świętego z bronią mogli stawać tylko nieliczni. Papież kazał mu czekać, więc młodzieniec czekał…
            Po dłuższej chwili młodzieńca przyprowadzono do komnat, w których mieszkał papież. Chłopak ze spuszczoną głową, wolnym krokiem wszedł do pomieszczenia. Stanął na środku, przyklęknął na jedno kolano i czekał aż uzyska pozwolenie na otworzenie ust.
            Młodzieniec nieśmiało podniósł głowę i rozejrzał się po pokoju. Od razu zauważył, że jest to jedna z prywatnych komnat, po prawej stronie stało łoże z baldachimem, dalej dębowe biurko, na którym leżały zapisane oraz czyste karty pergaminu, pióra gęsie i kałamarz z atramentem. Na ścianie za łożem wisiał duży drewniany krzyż.  Nieco dalej znajdował się kominek, który ogrzewał pomieszczenie. Ponad to na jednej ze ścian wisiała drewniana tarcza oraz dwa skrzyżowane miecze. Papieska mitra i pastorał leżały na posłanym łożu, a sam papież stał bez nakrycia głowy i rozmawiał z jakimś mężczyzną, który był odziany w ciemny płaszcz i miał w obecności papieża założony kaptur, co bardzo zdziwiło młodzieńca. Dywan, na którym klęczał był wykonany z kocich futerek, dzięki czemu nie czuł zimna kamiennej podłogi. Poza tym na jednej z kamienno ceglanych ścian wisiał gruby, wykonany z nici wełnianych i jedwabnych oraz wzbogacony nićmi złotymi, kolorowy gobelin przedstawiający sceny biblijne.
            Młodzieniec zauważył, że poza drzwiami, którymi wszedł do środka w pomieszczeniu znajdują się jeszcze inne drzwi, prowadzące zapewne do pozostałych papieskich komnat.
            Ojciec Święty nagle zakończył rozmowę z zakapturzonym mężczyzną i spojrzał na klęczącego młodzieńca.
            - Odejdźcie i zostawcie nas samych – powiedział patrząc na dwóch wartowników stojących za klęczącym chłopcem.
            Obaj posłusznie wykonali rozkaz papieża. Po chwili w komnacie pozostał tylko klęczący młodzieniec, papież i dziwny zakapturzony człowiek z drewnianym krzyżem na szyi, który stał blisko zamkniętej drewnianej okiennicy.
            - Powstań młodzieńcze i podaj powód swego przybycia – powiedział papież Grzegorz IX.
            - Wy…wybacz Ojcze Świę..ty – jąkał się - przysyła mnie Wincenty z Niałka, biskup Gniezna…
            - Widzę twój herb, więc wiem, kto cię przysłał, nie zjem cię, więc przestań się jąkać i wyduś to z siebie – powiedział papież wchodząc chłopakowi w słowo.
            Młodzieniec w końcu zebrał się na odwagę, spojrzał w oczy najpotężniejszemu człowiekowi na świecie i powiedział:
            - Ten list ekscelencja biskup Wincenty kazał przekazać bezpośrednio do rąk Waszej świątobliwości – rzekł uniżenie młodzieniec wręczając zwinięty w rulon i zapieczętowany pergamin Ojcu Świętemu.
            Grzegorz IX nie ukrywał zaskoczenia. Kazał zakapturzonemu mężczyźnie wziąć od chłopca pergamin.
            - Dziękuję ci synu za dostarczenie mi wiadomości. Możesz już iść, moja służba zadba o twego konia oraz cię nakarmi – powiedział papież – Niech Bóg cię synu pobłogosławi – dodał po chwili pozwalając chłopcu ucałować sygnet na swojej papieskiej dłoni i obserwując pojawiającą się radość na jego twarzy.
             Kiedy byli sami papież kazał zakapturzonemu złamać biskupią pieczęć i przeczytać list.
            - Szlachetny Grzegorzu – czytał - gratuluję Ci wyboru na Stolicę Piotrową. Tyś jest nową Głową Kościoła, naszym przewodnikiem w tych trudnych i szalonych czasach. Informuję Cię, że przed dniami siedmioma stała się rzecz straszna, w Polsce, na Kujawach we wsi zwanej Gąsawa ktoś wysłał zabójców na książęta polskie. Zamordowano haniebnie księcia polskiego Leszka Białego i ciężko raniono księcia śląskiego Bolesława zwanego brodatym. Wojna domowa u nas Polaków wisi w powietrzu, a ataki pogan z północy zwanych Prusami i Litwinami są coraz częstsze. Jednak nie to jest najstraszniejsze Ojcze Święty.
            O wiele większą grozę budzi to, co zaczęło się dziać po morderstwie w Gąsawie. Na ulicach Gniezna, Płocka, Gdańska, Krakowa i wielu innych polskich miast zaczęła krążyć plotka straszliwa, niektórzy twierdzą, że to przepowiednia dotycząca końca świata. Nie wiem, kto ją zapoczątkował. Wiem jednak, że jest przerażającą. Powtarzają ją wszyscy, jest na ustach mieszczan i chłopów. Jest ona bardzo dziwna, dlatego postanowiłem do ciebie napisać. Oto jej treść: 

Narodzi się dziecię, które Kościół Chrystusa zniszczy lub ocali. Narodzi się, kiedy kraj ukoronowanym orłem się w godle szczycący będzie zjednoczony, wzmocniony po dwóch wielkich wojnach i czerwonym ucisku sierpa i młota. W tym właśnie kraju dziecię się narodzi. Symbolem jego będzie jednorożec, zwierzę czyste, magiczne i tajemnicze. Dziecię będzie ścigane przez długowiecznych i nieśmiertelnych oraz przez Chrystusa wyznawców. Za życia dziecięcia Lilith w łańcuchy zakuta i włócznią przebita oczy swe otworzy i śmierć siać zacznie.


- Lilith (…) otworzy swe oczy? Przecież ona jest w naszych podziemiach… – Powtórzył papież patrząc z przerażoną miną na zakapturzonego mężczyznę, który po raz pierwszy w jego obecności zaczął drżeć ze strachu.

ROZDZIAŁ 1. PANI DETEKTYW
Rok 2016, Polska.
            - Moi ludzie już zabezpieczyli miejsce zdarzenia.
            - Zdarzenia? – Powtórzyła ze zdziwieniem.
            - Miejsce zbrodni… zabezpieczyli miejsce zbrodni - poprawił się nie ukrywając irytacji - Pani detektyw, proszę tędy – wycedził przez zęby gruby komendant z wąsami i łysą głową – techniczni od ponad godziny są na miejscu – dodał po chwili.
Dziewczyna szła szybko, komendant ze swoją nadwagą ledwo za nią nadążał. Żuł gumę, był spocony pod pachami. Nawet nie próbował ukrywać tego, że jest przerażony. W małych miasteczkach rzadko dochodziło do zabójstw dokonanych przez seryjnego mordercę. W małych miasteczkach rzadko dochodziło do jakichkolwiek zabójstw, dlatego rozumiała, trochę rozumiała jego strach…
Jej zdaniem profesjonalista powinien umieć zachować zimną krew w każdej sytuacji. Uważała, że od komendanta powinno się wymagać o wiele więcej niż od zwykłego policjanta z drogówki.
            Na miejscu było już wielu gapiów. Komendant mówił prawdę, jego ludzie zdążyli już otoczyć miejsce zbrodni policyjną taśmą. Szczelnie blokowali dostęp gapiom i dziennikarzom, których wielu pojawiło się w miasteczku. Przybywali stadami w miejscu każdego zabójstwa niczym grzyby wyrastające po deszczu. Kiedy ją zobaczyli od razu ruszyli ze swoimi mikrofonami i kamerami oraz smartfonami i z włączonymi dyktafonami… Pędzili niczym stado wygłodniałych wilków goniące sarenkę.
- Pani detektyw prosimy o komentarz…
- Pani detektyw! To już siódme morderstwo w małym miasteczku. Proszę o komentarz.
- Czy to kolejna ofiara wampira?
Dziennikarze okrążyli ją i komendanta, który wezwał swoich ludzi na pomoc.
- Pani detektyw nie będzie udzielała żadnych komentarzy. O wszystko proszę pytać rzecznika – mówił podniesionym głosem próbując przekrzyczeć podnieconych dziennikarzy.
W końcu udało im się dotrzeć do odgrodzonego miejsca zbrodni, które znajdowało się w parku nad Jeziorem Wlewskim.
            - Ofiara miała trzydzieści pięć lat. Urodziła się i mieszkała w naszym miasteczku, uczyła fizyki w liceum dwie ulice dalej. Mieszkała na ul. Lipowej razem z mężem i dwojgiem dzieci. Była do późna w szkole. Zapewne wracała do domu skrótem przy jeziorze – wyjaśnił komendant, który nie ukrywał obrzydzenia patrząc na poobijane ciało kobiety, którą wszyscy tu znali.
            - Broniła się, podrapała go, powodem śmierci były prawdopodobnie dwie rany kłute na szyi, ale pewność uzyskam dopiero po przeprowadzeniu sekcji zwłok – stwierdził lekarz sądowy, który klęczał nad ciałem zamordowanej kobiety – to dziwne, nigdzie nie ma śladów krwi – dopowiedział.
- Wszystko wskazuje na to, że to ten sam sprawdza. Ścigamy go od ponad roku, w Warszawie w ciągu kilku miesięcy zamordował czternaście kobiet. Wszystkie miały takie same rany na szyi. Jakieś dwa miesiące temu zaczął zabijać w małych miasteczkach, takich jak wasze – wyjaśniła.
- To już siódme miasteczko, i siódma ofiara. Nie licząc tych w stolicy. Dlaczego opuścił Warszawę? Co go spłoszyło? Czemu jeździ po małych miejscowościach? – Zastanawiała się patrząc na zamordowaną nauczycielkę z Lidzbarka Welskiego.
 Obok ciała upadła torebka z brązowej skóry. Była otwarta, niedaleko leżał portfel. Każdy z dowodów miał już swój numerek, póki, co techniczni zrobili zdjęcia i pozostawili je na miejscu zgodnie z telefonicznymi wskazówkami pani detektyw, która chciała na własne oczy zobaczyć miejsce zbrodni, w miarę nie naruszone miejsce brodni!
Ubrała białe rękawiczki i podeszła do torebki. Tak jak się spodziewała smartfon ofiary oraz wszystkie kobiece rzeczy takie jak szminka były w środku. Natomiast w portfelu brakowało gotówki.
- Tak jak przy poprzednich ofiarach zostawił wszystko poza pieniędzmi – pomyślała dając znak chemikowi, że może podejść i pobrać odciski palców. Wiedziała, że i tak nic z tego nie będzie, odcisków tego mordercy nie ma w żadnej bazie danych. W każdym razie badania daktyloskopijne należało wykonać.
- Kiedy będą wyniki sekcji zwłok oraz badań DNA tkanki spod paznokci ofiary? – Wstała i zapytała głośno podchodząc do grubego komendanta małego posterunku.
Wystarczyło tylko popatrzeć na grubaska żeby dostrzec jego zakłopotanie. Ciągle przecierał chusteczką pot z czoła oraz patrzył na panią detektyw jakby nie rozumiał tego, co do niego mówi.
- Jest sobota, więc sekcja zwłok zostanie wykonana w poniedziałek – powiedział niepewnym głosem – a jeśli chodzi o badania DNA i daktyloskopię to musimy poczekać kilka dni, może nawet tydzień.
 - Daktyloskopia zapewne potwierdzi, że to on. Przy każdej ofierze zostawił swoje odciski palców, niestety nie mamy go w bazie danych. Przy większości ofiar znaleźliśmy ślady DNA tego samego sprawcy, ale nie znamy jego tożsamości. Wiemy tylko, że to ten sam mężczyzna – powiedziała patrząc na lekarza i komendanta.
- Więc pani detektyw uważa, że to ten… seryjny? W naszym miasteczku? – O ile prędzej komendant był mocno zestresowany, to teraz wyglądał jak przerażona dziewica uciekająca przed grupą wygłodzonych mężczyzn. Żałosny był to widok…
- Tak, jestem pewna, że to morderca nazywany przez dziennikarzy wampirem – powiedziała - Poprzednie ofiary też miały takie rany. Po przeprowadzeniu dokładnej sekcji zwłok zawsze okazywało się, że nie mają krwi. Zupełnie tak jakby ktoś im ją wyssał – wyjaśniła. Komendant i lekarz spojrzeli na nią jak na idiotkę ona jednak mówiła dalej – Siedem małych miasteczek w ciągu dwóch miesięcy, w każdym zostawił za sobą jedną ofiarę z rankami na szyi. Uważam, że to dzieło tego samego seryjnego mordercy, ten sposób odbierania życia musi być dla niego jakimś rytuałem – powiedziała. Oni jednak dalej się na nią gapili nie wierząc w to, co mówi.
            - Pani detektyw rozumiem, że podlega pani bezpośrednio Komendantowi Głównemu Policji. Jednak proszę nie robić sobie z nas żartów. To, że jesteśmy z małego miasteczka nie oznacza, że jesteśmy kretynami. Wyssana krew?! Z tym wampirem to tak na serio?! – Dziwił się z lekko podniesionym głosem - Takie żarty są oburzające pani detektyw!
            - Sam się pan przekona po sekcji zwłok, komendancie – odpowiedziała spokojnie, przyzwyczajona do tego, że ludzie z małych miasteczek reagują tak za każdym razem, kiedy trafiają na sytuację, która przerasta ich zdolności rozumowania.
            - Proszę się nie złościć panie komendancie. Nie wierzę w istnienie wampirów, jestem racjonalistką. Wampirem nazwali go dziennikarze – wyjaśniła - Nie zmienia to jednak faktów, a fakty są takie, że za każdym razem jest tak samo, ofiary mają jednakowe ślady na szyjach, a podczas sekcji okazuje się, że w jakiś sposób wypompowano lub wyssano z nich krew – odpowiedziała spokojnym głosem i odwróciła się do nich plecami. To mi wystarczy. Proszę przysłać wszystkie raporty, zdjęcia dowodów i protokoły z przesłuchania świadków na maila.
- Nie było żadnych świadków, nikt nic nie słyszał, a ciało znalazł przypadkowy przechodzień, który wyszedł na spacer z psem. Moi ludzie już spisali jego zeznania – odpowiedział komendant – czy pani detektyw też chce go przesłuchać?
            - Nie, to nie będzie konieczne – odrzekła – wystarczy mi nagranie z przesłuchania.

            Kiedy się oddaliła komendant odetchnął z ulgą.
            - Taka młoda… Myśli, że pozjadała wszystkie rozumy – mówił rozdrażnionym głosem do sądowego lekarza.
            - Nie przejmuj się. Ona jest tylko pionkiem w grupie śledczej. Pewnie ją tu przysłali żeby się upewniła, że to robota tego samego kolesia – odpowiedział spokojnym głosem cały czas oglądając ranę na szyi nauczycielki – Nie pojmuję, jak on przez te dziurki na szyi miałby z niej wyssać całą krew?
            - Dobrze, że przynajmniej mi nie tłumaczyła, że mam zaszyfrować wszystko to, co będę jej przesyłał na maila – powiedział komendant.
            Lekarz nic nie odpowiedział. Tylko się uśmiechnął.

Jedna z reporterek właśnie stała naprzeciw kamerzysty, nieopodal miejsca zbrodni i tłumu gapiów, trzymała mikrofon i zdawała relację na żywo:
- Z nieoficjalnych źródeł wiemy, że kobieta była nauczycielką. To już dwudziesta pierwsza ofiara mordercy, którego ludzie nazywają wampirem. Sprawa jest podobna do tej z lat 1975-1985, wówczas Paweł Tuchlin zabił dziewięć kobiet. Nasze źródła donoszą, że policja nie dysponuje rysopisem mordercy, narzędzie zbrodni również nie jest znane. Komendant Główny Policji powołał osiem miesięcy temu specjalną grupę śledczą składającą się z kilkunastu detektywów, którzy mają kompetencje do ścigania zabójcy na terenie całego kraju. Największe kontrowersje budzi młoda pani detektyw Joanna Mazurek, która od jakiegoś czasu jest już w Lidzbarku i bada miejsce zbrodni. Niestety nie zechciała udzielić nam żadnych informacji. Wielu ekspertów uważa, że jest ona zbyt młoda i niedoświadczona żeby należeć do grupy śledczej… - dziennikarka zdawała relacje nie zdając sobie sprawy, że młoda pani detektyw się jej przysłuchuje.
- Ja kontrowersyjna? Za młoda?! – Pomyślała idąc niepostrzeżenie w stronę swojego auta.
            - Wciąż nie mogą się pogodzić, że ktoś tak młody jak ja znalazł się w specjalnej grupie śledczej. Złapię go, zrobię to sama. Wówczas moja kariera rozkwitnie – często napadały ją myśli tego typu. Każdy detektyw będący w specjalnej grupie śledczej marzył o rozwiązaniu tej trudnej sprawy i awansie. Ona jednak miała najtrudniejszą sytuację. Z powodu znajomości Komendant Główny Policji musiał przydzielić ją do specjalnej grupy śledczej. Pozostali detektywi za nią nie przepadali i nie chcieli współpracować. Kazano jej sprawdzić, czy morderstwo w Lidzbarku jest dziełem tego samego sprawcy, więc przyjechała i sprawdza.
Idąc w stronę swojego auta wyjęła smartfona i zadzwoniła:
- Wszystko wskazuje na to, że to dzieło tego samego sadysty, ale trzeba poczekać do poniedziałku na wyniki sekcji zwłok i potem jeszcze kilka dni na badania DNA. Odciski palców miejscowi już porównują z krajową bazą danych, podejrzewam, że nic nie znajdą tak jak przy poprzednich morderstwach. Pokręcę się w okolicy przez kilka dni – powiedziała i się rozłączyła. Wiedziała, że teraz musi czekać.
***
            - Mam nadzieję, że w tej mieścinie jest jakiś miły hotelik. Jak oni mogli się ze mnie tak nabijać? Ta nauczycielka naprawdę nie będzie miała krwi, tak było w każdym przypadku i tu zapewne też tak będzie! Wampir, cholerni dziennikarze, to żaden wampir, tylko jakiś psychol – powiedziała cicho sama do siebie, kiedy już oddaliła się od miejsca zbrodni i znalazła blisko swojego auta. Spojrzała na zegarek, wskazówki jej czarnego Casio G-Shock na szerokim pasku z dużą tarczą wskazywały godzinę 22.30.
            - Muszę się napić. Wyniki sekcji i tak poznam dopiero w poniedziałek – powiedziała sama do siebie i wcisnęła guziczek przy kluczykach otwierając w ten sposób centralny zamek i wyłączając alarm w swoim czarnym Volkswagenie. Lubiła ten kolor, nie tylko samochód i zegarek, ale nawet jej spodnie i marynarka były w barwach nocy.  Tylko sweter pod marynarką miał inne, jaśniejsze barwy…
            Kiedy uchyliła drzwi spostrzegła, że jakiś mężczyzna w dżinsach i swetrze się jej przygląda. Odruchowo położyła prawą rękę na przypiętej do paska kaburze z bronią. Chciała przejść na drugą stronę ulicy jednak uniemożliwiła jej to przejeżdżająca ciężarówka. Mężczyzna zniknął tak samo szybko jak się pojawił. Rozglądała się jednak nigdzie go nie dostrzegła. Po kilku minutach zdjęła rękę z kabury i dała sobie spokój…
            W samochodzie wzięła gumę do żucia i włączyła swój zaszyfrowany czarny tablet Deel Venue 8. Dzięki aplikacji google maps szybko namierzyła najbliższy hotel. Miasteczko było małe, liczyło zaledwie osiem tys. mieszkańców, dlatego nie musiała długo jechać. Hotelik był ładny, a pani w recepcji bardzo miła. Wynajęła jednoosobowy pokój na pierwszym piętrze, w środku był nawet telewizor, co ją bardzo ucieszyło. Na początku chciała znaleźć jakiś bar i się w nim napić, jednak po namyśle poszła do sklepu monopolowego i kupiła kilka regionalnych ciemnych piw. Wróciła do pokoju i usiadła na łóżku otworzyła butelkę i chwyciła za tablet.
            Miała na nim foldery z dowodami zebranymi podczas wszystkich morderstw dokonanych przez zabójcę, którego wielu jej kolegów oraz dziennikarzy nazywało wampirem. Każdy folder był nazwany od nazwiska ofiary. Czternaście kobiet zamordowanych w Warszawie i licząc dzisiejszą siedem zabitych w małych miasteczkach.
            - Dwadzieścia jeden ofiar, dwadzieścia jeden folderów – powtórzyła cicho siedząc na łóżku, popijając piwo i patrząc w swój zaszyfrowany i odpowiednio zabezpieczony programem antywłamaniowym i antywirusowym tablet. Otworzyła folder o nazwie „Kasia Malinowska” to była pierwsza z zamordowanych w Warszawie kobiet. Wówczas nie miała jeszcze pojęcia, że ma do czynienia z seryjnym mordercą, psychopatą, który udaje wampira i w jakiś dziwny, nieznany jej sposób pozbawia swe ofiary krwi. W folderze znajdowały się zdjęcia ofiary oraz przedmiotów /dowodów, które przy niej znaleziono. Były tam też skany raportów, wyników badań DNA i tym podobne.
            - Dojdzie mi kolejny folder, kolejna ofiara. Wszystkie zamordował w ten sam sposób, za każdym razem okradał je z gotówki... Dlaczego wybiera tylko kobiety? Czym są te rany kłute na ich szyjach? Jak pozbawia je krwi? Dlaczego nigdy nie ma świadków zbrodni? Tyle podobieństw… Facet jest taki nierozważny, przy każdej z ofiar zostawił swoje odciski palców, niektóre z ofiar go podrapały… Mamy jego odciski palców, mamy jego DNA, i co? I Nic?! Kurde, kim on jest?! – Była na siebie wściekła, kolejna kobieta została zamordowana, a jej dochodzenie dalej stało w miejscu.
            Najbardziej obawiała się tego, że znowu powróci bezradna do Warszawy i będzie czekała na kolejną informację o morderstwie dokonanym w jakimś innym miasteczku.
            - Zabijasz je w miejscach, w których nie ma kamer i świadków. Zabijasz od roku, a ja nawet nie mam twojego rysopisu. Ile masz lat? Jesteś Polakiem? – Zadawała sobie w myślach te pytania, jakby wierząc, że w jakiś cudowny sposób uzyska odpowiedź.
            Otworzyła aplikację google maps i sprawdziła swoją lokalizację.
            - Czternaście kobiet w Warszawie, a potem małe miasteczka Łowicz, Warka, Siedlce, Bielsk Podlaski, Ostrołęka, Mława i miasto, w którym obecnie przebywam Lidzbark. Gdzie teraz pojedziesz? W którym mieście ponownie zabijesz? Przyglądała się mapie, aż w końcu jej palec przesunął się po pulpicie tabletu na położone niedaleko od Lidzbarka Nowe Miasto Lubawskie.
- Czy to będzie tam? – Zastanawiała się popijając piwo.
            Została w Lidzbarku do poniedziałku. Wieczorem otrzymała wyniki sekcji zwłok, zebrała niezbędny materiał dowodowy, wykonała wszystkie czynności i pojechała tam, gdzie wiódł ją instynkt.
Uśmiechnęła się na wieść o tym, że lekarz i komendant byli w szoku, gdy okazało się, że miała rację. Znowu. Nauczycielkę – tak jak im prędzej mówiła - zabiła gwałtowna utrata krwi.
Do Nowego Miasta Lubawskiego przyjechała w poniedziałek późnym wieczorem. Wynajęła pokój w hotelu niedaleko rynku. Nie miała wyjścia, czas ją naglił. Wiedziała, że jej kariera wisi na włosku, Komendant Główny Policji tracił do niej cierpliwość. Mogła działać, jako członek specjalnej grupy śledczej na terenie całego kraju, zyskała tym samym szerokie uprawnienia i w ciągu roku nie osiągnęła nic! Jej śledztwo stało w miejscu.
***
            Stał w tłumie, między ludźmi i obserwował z nimi jak gliniarze rozwieszają taśmy policyjne dookoła miejsca zbrodni. Czekał… wiedział, że niedługo ją ujrzy. Piękna pani detektyw, która depcze mu po piętach. W końcu przyjechała swoim czarnym Volkswagenem. Jakiś grubas w mundurze policyjnym przyprowadził ją tam, gdzie jeszcze kilka godzin temu delektował się smakiem krwi młodej kobiety. Jej krew była taka smaczna, niczym stare wino Villadoria Barolo lub nawet Veroni Riserva. Kiedy jeszcze był śmiertelnikiem uwielbiał wina, teraz dalej je cenił, ale o wiele bardziej preferował krew młodych kobiet.
Ta nauczycielka sama się o to prosiła. Szła przez park, a w okolicy nie było nikogo. Próbowała się bronić jednak szybko wbił swoje kły w jej szyję, pił i pił, delektował się smakiem aż w końcu pochłonął cały tkwiący w niej czerwony trunek, wypił każdą tkwiącą w niej kropelkę… Miała przy sobie czterysta złotych, niewiele, ale wystarczy na podróż do kolejnego miasteczka i wynajęcie pokoju w hotelu.
            Przestał rozmyślać o martwej nauczycielce. Teraz ponownie wpatrywał się w panią detektyw, która kręciła się po miejscu zbrodni i wyglądała na zamyśloną. Jej długie rozpuszczone włosy podwiewał lekki wiaterek.
- Jest taka piękna, wygląda tak smakowicie - stwierdził, że już dłużej nie będzie się opierał jej urokowi. Podjął decyzję, że przy kolejnej okazji to ona będzie jego daniem głównym.
            Wyglądał jak około czterdziestoletni mężczyzna, krótko przystrzyżony, ubrany tak jak zwykli ludzie, dżinsy i sweter oraz rozpięta czarna kurtka. Nic nie wyróżniało go z tłumu. Idealne ubranie na chłodny koniec listopada. Nikt z gapiów zapewne nawet się nie domyślał, że Długowieczny, morderca stoi między nimi. Mógł z łatwością odebrać życie im wszystkim, ale wtedy by zwrócił na siebie zbyt dużą uwagę. Tym bardziej, że dziennikarze kręcili się w pobliżu. Już nadawali na żywo swoje relacje o tym, że morderca zwany wampirem ponownie zaatakował. W duszy go to bawiło, wiedział, że nazwa, którą mu nadali jest bardzo trafna. Najbardziej śmieszyli go różni eksperci, którzy w telewizji starali się przedstawiać swoje racjonalne teorie o tym jak wysysa krew z ciał swoich ofiar.
Polubił małe miasteczka, nie mieszkali w nich inni długowieczni, którzy mogliby poczuć jego zapach, a śmiertelni ludzie nie mieli szans go rozpoznać, no chyba, że w chwili jak wbijał w nich swoje kły, ale wtedy było za późno.
            Szybko polubił sławę. Zaczął zabijać zaraz po swojej przemianie w wampira, tak jak mu kazali… Po kliku morderstwach poza lokalnymi pismakami sprawą zaczęli się interesować dziennikarze z mediów głównego nurtu. Kiedy po raz pierwszy ujrzał panią detektyw jego wampirza krew zawrzała. Jej długie rozpuszczone włosy, groźne spojrzenie, ta pewność siebie. Pragnął ją złamać, pić jej krew i patrzeć jak płacze, próbuje się wyrwać, a potem umiera nie pojmując jak bardzo się myliła…
- Myśli, że ściga człowieka, ci wszyscy głupcy tak myślą i to ich zgubi...
            Szedł za nią, kiedy po kilku godzinach badania miejsca zbrodni wracała do samochodu. Wpatrywał się w jej piękną sylwetkę z drugiej strony ulicy, aż w końcu go zauważyła, zaczęła nawet iść w jego stronę. Wykorzystał ułamek sekundy, w którym przez ulicę między nimi przejeżdżała ciężarówka i wskoczył na dach najbliższego budynku. Stał i patrzył na nią z góry, obserwował z uśmiechem jej zdziwioną minę, zastanawiał się jakie rozwiązania podsunie jej racjonalny umysł.
            - Na pewno przez myśl jej nie przejdzie, że jestem wampirem, który właśnie wskoczył na dach dwupiętrowego budynku.

***
            Lucjan przewracał się z boku na bok. Tak jak się spodziewał nie mógł zasnąć. Wiedział, że będzie to wyjątkowa noc, w której Księżyc widoczny na niebie ma być wyjątkowo duży, podobno największy od siedemdziesięciu lat. „Największa pełnia od początku XXI wieku”, „następna taka pełnia będzie dopiero za osiemnaście lat”, „noc z 14 ma 15 listopada będzie wyjątkowa” to tylko kilka z wielu mądrości, które dziś oglądał w telewizji lub wyczytał w Internecie. Wkurzało go to wszystko, zawsze podczas pełni był nerwowy.
            Złapał za plastikową butelkę stojącą przy łóżku i wypił kilka łyków mieszanki krwi z wiewiórek i innych zwierzątek, które upolował. Krew zwierząt nie była tak smaczna jak ludzka. Z drugiej strony jej picie było bezpieczniejsze. Ludzie są delikatnymi istotami, które szanował, sam przecież wiele wieków temu był jednym z nich. Postanowił włączyć telewizor. Dwóch panów właśnie rozmawiało o sobotnim morderstwie w Lidzbarku Welskim. Morderca zwany przez dziennikarzy wampirem w ciągu roku zabił czternaście kobiet w Warszawie i siedem w małych miasteczkach. Ostatnią z ofiar dopadł właśnie w Lidzbarku.
            - Lidzbark Welski jest oddalony o zaledwie kilka kilometrów – pomyślał z konsternacją – mam nadzieję, że tu nie przyjedzie.
            Ludzie nigdy nie wezmą pod uwagę tego, że morderca może być prawdziwym wampirem. Ich umysły są zbyt racjonalne, wierzą tylko w to, co widzą. Wszystko starają się zawsze wytłumaczyć w racjonalny sposób. Mieszkam w Nowym Mieście Lubawskim od kilku lat, poznałem tu wiele ciekawych osób… - jego rozmyślania gwałtownie przerwało to, czego tak bardzo się obawiał.
            Nagle to poczuł, słaby zapach innego z nieśmiertelnych. Natychmiast zerwał się z łóżka, wciągnął ciemnoniebieskie dżinsy, sweter, kurtkę i wybiegł na zewnątrz. Pobiegł w stronę Parku Róż i wskoczył na dach średniowiecznej baszty przy ul. 3 Maja. Bardzo się skupił żeby zamaskować swój zapach, domyślił się od razu, że przeciwnik od niedawna jest Długowiecznym, był nieostrożny, nawet nie ukrywał swojego zapachu, możliwe, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że może go zamaskować…
Rozglądał się, jego wzrok, słuch i pozostałe zmysły były wyostrzone o wiele bardziej niż u śmiertelników. Po uliczkach Nowego Miasta Lubawskiego kręciło się kilka osób, jakiś pijane młodziki, nie dostrzegł niczego nadzwyczajnego, nikt nigdzie nikogo nie mordował. Zapach istoty długowiecznej był coraz intensywniejszy, zeskoczył na chodnik i pobiegł w stronę ronda, a potem przy szpitalu do parku zlokalizowanego za starym nieczynnym wiaduktem kolejowym. 
            Nowomieszczanie nazywają to miejsce Dużym Parkiem, lub parkiem za szpitalem. W skrócie to porośnięte drzewami i krzakami wzgórze. Im wyżej wchodził tym intensywniejszy zapach czuł, a właściwie to dwa zapachy, wampira i przerażonej kobiety.
            Wszystko wskazywało na to, że obcy wampir nie wyczuł zbliżającego się Lucjana.
            - Musi od niedawna być wampirem skoro jest tak nieostrożny – pomyślał. Niespodziewanie usłyszał strzały, ktoś używał broni palnej. Wskoczył na drzewo, a potem na kolejne.

            Pani detektyw miała zamiar zostać dłużej w Nowym Mieście Lubawskim. Nie wiedziała, czy morderca zaatakuje właśnie tu, nie miała też pojęcia, kiedy postanowi odebrać życie kolejnej kobiecie. Z jakiejś niewiadomej dla siebie przyczyny czuła, że jest w dobrym miejscu. Dzięki google maps szybko stwierdziła, że park za szpitalem jest idealnym miejscem. Mógłby tam zabić niezauważenie swoją ofiarę. Nie mówiła tutejszym policjantom, że w ich miasteczku może być morderca. Nie miała żadnych dowodów, a nie mogła im przecież powiedzieć, że ma przeczucie. Ostatecznie postanowiła, że przez kilka dni każdego wieczoru będzie chodziła po parku. Nie spodziewała się, że już pierwszej nocy przeżyje koszmar.
            Park porośnięty drzewami, bez kamer był idealnym miejscem. Pomyślała, że warto się w nim pokręcić. Było już późno, za wiaduktem znalazła schody, po których weszła na parkowe wzgórze. Księżyc tej nocy świecił bardzo jasno, był piękny, złapała się na tym, że się w niego wpatruje zamiast zachowywać czujność i rozglądać dookoła.
            - Witam, panią detektyw – męski głos wyrwał ją z zamyślenia. Odruchowo sięgnęła do kabury wyjmując swojego Walthera P99. Był to solidny niemiecki pistolet. Trzymała go przed sobą i rozglądała na wszystkie strony. Szukała źródła tajemniczego głosu…
            - Gdzie jesteś? Pokaż się
            - Pani detektyw, tak długo mnie szukałaś. Nie dziwię się, że pragniesz w końcu mnie ujrzeć. Ja też tego pragnę.
            Jego głos był taki zimny, zupełnie bez emocji.
            Coś poleciało w jej stronę, odskoczyła w ostatniej chwili. To było ciało dziewczyny, ubranej w dres, ze słuchawkami na uszach.
            Pani detektyw ostrożnie przyklękła, aby sprawdzić, czy dziewczyna ma tętno, nic nie wyczuła. Zauważyła tylko dziurki na szyi.
- Jest martwa już od jakiegoś czasu. Biedna nastolatka. Ile on ma siły? Rzucił nią z takiej odległości jakby była jakąś lekką piłeczką – pomyślała.
            Przerażające było to, że dalej go nie widziała. Dookoła niej były tylko drzewa i krzaki.
            - Pani detektyw, to była moja przystawka, teraz rozpocznę ucztę. Ty maleńka będziesz moim daniem głównym – powiedział i się jej pokazał, szedł powoli w jej stronę.
            - Załóż ręce za głowę i połóż się na ziemi! Ostrzegam! Jestem uzbrojona! – śmiał się z jej ostrzeżeń i dalej szedł.
            Strzeliła i ze zdziwieniem stwierdziła, że idzie dalej w jej stronę.
            Strzeliła ponownie… Celowała w tułów i głowę, wystrzelała cały magazynek i próbowała sięgnąć po kolejny… On w tym czasie błyskawicznie znalazł się obok niej.
            - Pani detektyw to łaskocze – powiedział z rozbawieniem.
            Nie myślała wiele. Wykorzystując swoje umiejętności kopnęła go w krocze, a potem odsunęła się, załadowała kolejny magazynek i zaczęła ponownie strzelać. Celowała w głowę. Z satysfakcją zauważyła, że w końcu padł na ziemię. Podeszła bliżej i szturnęła go nogą. Nie ruszał się. Pochyliła się żeby sprawdzić puls i wtedy to się stało…
            Poruszał się bardzo szybko, wytrącił jej broń, stanął za nią i zakneblował usta prawą ręką. Próbowała się szarpać, ale ze zdziwieniem stwierdziła, że jej ciosy i chwyty na niego nie działają.
            Przybliżył swoje usta do jej lewego ucha.
            - Będę pił powoli, chcę się długo delektować twoją krwią podczas tej pięknej pełni Księżyca – otworzył szerzej usta, a ona wytrzeszczyła z przerażeniem oczy na widok jego kłów, długich kłów, które przybliżał do jej szyi…

            - Znałem ją – zaskoczenie to zbyt mało powiedziane. Zabójca po usłyszeniu tych słów był w lekkim szoku. Trzymał rękę na ustach pani detektyw i wpatrywał się w mężczyznę, który wyglądał na około trzydziestolatka. Był wysoki, miał ciemną karnację.
            - Naprawdę ją znałem. To była fajna dziewczyna, kilka razy piłem z nią piwo. Lubiła biegać dla zdrowia w tej okolicy, chciała zostać dziennikarką. Nigdy ci tego nie wybaczę – mówił bardzo spokojnym głosem.
 Zabójca uderzył mocno w brzuch panią detektyw sprawiając, że upadła i zaczęła się zwijać z bólu.
- Oglądałem w telewizji, czytałem w Internecie… Szybko zdałem sobie sprawę, że za te morderstwa jest odpowiedzialny Długowieczny. To, że pojawiłeś się w moim miasteczku było twoim największym błędem. Już nikogo nie zabijesz.
- Mam dość słuchania tych głupot – powiedział morderca i błyskawicznie przybliżył się do bruneta zadając mu potężny cios pięścią w twarz. Uderzenie było tak silne, że chłopak poleciał do tyłu łamiąc kilka drzew.
Leżąca na ziemi pani detektyw nie wierzyła własnym oczom. To, co obserwowała nie mogło dziać się naprawdę. Tego nie dało się racjonalnie wytłumaczyć! Po chwili jeszcze bardziej wytrzeszczyła zdziwione oczy. Tajemniczy brunet, który nie powinien był przeżyć tak silnego ciosu podniósł się z taką szybkością, że jej oczy za nim nie nadążały. Uderzył mordercę ciosem podbródkowym podrzucając go kilka metrów do góry, a potem pięścią trafił mocno jego spadające ciało. Morderca poleciał do przodu łamiąc kilka drzew. Po chwili wyskoczył wściekły i rzucił się na Lucjana.
- Więc tak jak ja jesteś Długowiecznym! Dlaczego ze mną walczysz i bronisz człowieka?!
- Już ci mówiłem. Lubiłem ją, a ty odebrałeś jej życie. I nie porównuj mnie do siebie, jesteś przy mnie niczym.
Morderca biegł na niego. W oczach miał furię, stracił nad sobą panowanie. Zacisnął pięść, włożył w uderzenie całą swoją siłę, a brunet z łatwością złapał jego rękę i złamał nadgarstek.
Morderca zaczął krzyczeć z bólu.
- Zbyt długo się z tobą bawię – powiedział i wyjął drewniany kołek, który miał zatknięty za paskiem. Wbił go w jego serce.
Morderca po chwili upadł na ziemię, nie ruszał się, był martwy.
Brunet podszedł powoli do pani detektyw, która zdążyła doczołgać się do swojej broni. Wycelowała w niego, jej ręce drżały.
- Kim, czym on był? Kim ty jesteś?
- Zna pani odpowiedź, jest tyle mitów i legend o takich jak my. Naprawdę chce pani z tego do mnie strzelać? On był słaby, przemieniono go najwyżej rok temu. Ja żyję od setek lat. Skoro ta zabawka nie podziałała na niego, to tym bardziej na mnie nie…
- Przemieniono go? – Przerażona kobieta weszła mu w słowo.
            - Tak jakiś wampir uczynił tego człowieka jednym z nas – odpowiedział.
            - Wampir… przecież to niemożliwe, to są tylko legendy, bajki… - jąkała się, powoli docierało do niej to co tu zaszło.
            - Na mnie już czas – powiedział i zniknął zostawiając ją samą.

Nie wiedziała, że jeszcze przez ponad godzinę obserwował z oddali teren parku. Widział jak dzwoni po karetkę i policję. Dopiero, kiedy się upewnił, że kobieta jest bezpieczna wrócił do domu.

***
            Kolejne dni były szalone. Detektyw Joanna Mazurek została okrzyknięta przez media bohaterką, która dopadła mordercę nazywanego wampirem. Do Nowego Miasta Lubawskiego zjechały tłumy dziennikarzy i pismaków szukających sensacji. Minister Spraw Wewnętrznych i Administracji osobiście wręczył w Komendzie Głównej Policji w Warszawie pani detektyw medal oraz list gratulacyjny. Kobieta stała się sławna, przez kolejne tygodnie często zapraszano ją do telewizji, jedno wydawnictwo zaproponowało jej nawet sfinansowanie książki o śledztwie i zabiciu niebezpiecznego mordercy.
            Lucjan powoli miał już jej dość, nie dało się nie zauważyć jej parcia na szkło. Dziewczyna lubiła rozgłos. Wszędzie było jej pełno… Czytał w sieci kilkanaście wywiadów z nią przeprowadzonych. Pani detektyw ułożyła sobie dość sensowną wersję zdarzeń: usłyszała krzyk młodej dziewczyny dobiegający z parku i ruszyła jej na pomoc. Kiedy dotarła na miejsce dziewczyna była martwa, a morderca stał nad nią. Nie słuchał ostrzeżeń, więc otworzyła ogień i go zabiła. Z powodu adrenaliny nie czuł bólu, więc musiała wpakować w niego cały magazynek zanim padł. Kiedy pośmiertnie pobrano jego odciski palców i próbkę DNA okazało się, że to on jest odpowiedzialny za zabicie wszystkich kobiet.

            - Dobrze, że nie wspomniała o mnie ani słowa. W ogóle pominęła wszystkie kwestie, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Przyjacielu, udało ci się czegoś dowiedzieć? – Pisał w swoim domu na laptopie w komunikatorze internetowym korzystając z programu szyfrującego. Dla bezpieczeństwa korzystał też z przeglądarki internetowej zwanej TOR.
            - Tak… po Warszawie zaczęły krążyć dziwne plotki. Niektórzy twierdzą, że to jakaś nowa sekta. Plotki nie krążą między śmiertelnymi, rozpowiadają je między sobą nieśmiertelni i Długowieczni.
            - Czego dotyczą?
            - Generalnie wszystko sprowadza się do tego, że Długowieczni i nieśmiertelni powinni się ujawnić i przejąć nad ludźmi władzę. Najbardziej oddanych z ludzi można przemienić, a pozostałych zabić albo zniewolić.
            - A co z nią?
            - Z twoją detektyw? Nie sądziłem, że będziesz się przejmował losami zwykłej śmiertelniczki.
            - Jestem po prostu ciekawy…
            - Tak, tak jasne, przyjacielu. Obserwuję jej dom każdego wieczoru. Póki co nie zauważyłem dookoła niej nic nadzwyczajnego.
            - Póki co?
            - No, wiesz. Ktoś tego mordercę przemienił w wampira, a ona rozpowiada publicznie, że go zabiła. Prędzej czy później ktoś, i nie mam tu na myśli ludzi, się nią zainteresuje… Może to czas żebyś powrócił? Jak długo jeszcze chcesz żyć w małym miasteczku i udawać zwykłego człowieka?
            - Pisz do mnie codziennie wieczorem. Chcę wiedzieć, czy u niej jest wszystko dobrze.
            - Ok.
            - Dziękuję. Musze kończyć. Pa.
            - No, cześć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Popularne artykuły